perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: zycie

Spokój, rozwiązanie problemu, zgoda… takimi wyrażeniami można rozkoszować się tylko po ciężkich rozterkach, napastującym problemie i kłótni. Rozkoszować się, cieszyć… tak naprawdę bez uzasadnienia. A potem znów martwić i chodzić z twarzą przy Ziemi. Taki los człowieka, niezależnie od warunków, w których przyszedł na świat i żyje. Chwile szczęścia są ścigane przez nieuchronne zmartwienie. Czasami tak nie-uchronne, że czego by się nie robiło – trzeba przecierpieć. I jeśli ten człowiek – ta postać na Boży obraz… będzie przez cały czas trwać w przekonaniu, że jest kochana i może każdą radość i zmartwienie odnieść do rzeczywistości niewidzialnej…
To co?
Co wtedy?
och, wtedy i tak niczego nie będzie rozumieć i będzie potykać się o niezrozumienie innych. I tak będzie musiała działać i do czegoś dążyć, wciąż nie ustawać w wysiłku, choćby był on pokonywaniem nudy! Wciąż „ale” - przeszkoda, bieda, strata, ból choćby fizyczny, lub właśnie brak bólu jakiegokolwiek i nijakość.
No, chyba że nie będzie tylko „odnosić do rzeczywistości niewidzialnej”, ale nią żyć, żyć życiem Bożym.
I co?
Co wtedy?
Żebym to ja wiedziała. Świat świętych pociąga mnie, a przecież boję się zaufać w pełni tak Bogu, jak i ludziom (a jednak wierzę, że On chce naszego zbawienia, więc szczęścia i nie stoi obok obojętnie – działa – to przez ludzi, to przez wydarzenia, to przez – swoją śmierć!).
A zdarzają się w życiu momenty nieporównywalne do niczego:
Mama była ostatnio w szpitalu. Na wielkiej sali były tylko dwie osoby: ona i staruszka, której ciężko było samodzielnie chodzić i która byla źle traktowana przez pielęgniarki i rodzinę – oba te środowiska bardziej lub mniej otwarcie czekały na jej śmierć. Ludzie, którzy się nią opiekowali nie chcieli nawet prowadzić jej do wc, każąc załatwiać się do kaczki, co nie jest ani trochę przyjemne. Pewnego razu wybrala się tam o własnych siłach, których prawie nie miała. (Mama nie mogła jej pomóc z powodu chorych nóg.)
Chwilami odpływała. Nie wiedziała, gdzie jest i krzyczała na mamę, że siedzi na łóżku zamiast jej pomóc, myśląc pewnie, że to pielęgniarka.
Mama, dopóki pozostawała w szpitalu, pilnowała, żeby nie robiono jej krzywdy. A w którymś momencie usiadła obok niej na łóżku i zaczęła głaskać jej rękę. Wtedy, jak się wyraziła „jakby anioł musnął jej twarz” – odprężyła się i rozpogodziła. Ręka była miękka i miła w dotyku, mimo wieku.
Potem mama na jakiś czas opuściła szpital, a gdy wróciła – starsza kobieta już nie żyła.
Wszyscy potrzebują miłości. Chciałabym kiedyś móc ją dać pacjentom. „Kiedyś”… mam kolegę, którego mama jest lekarką. Już po krótkich momentach kiedy widzę ich razem, dostrzegam między nimi gorące rodzinne uczucie. Jego mama ma tak dobre spojrzenie… takie rzeczy wynosi się z domu, wynosi się z duszy. Nie z postanowienia i nie z chwili wzruszenia.
A czasami ktoś szczególnie potrzebuje gestu, objęcia, słowa… (choć z drugiej strony – to bywa bardziej skomplikowane – wiem po sobie.) Żeby wtedy Bóg mógł działać przez drugiego człowieka… i przyjść do tego, który chce
Miłośći!

Nie?

No dobrze, mijają. Ale jakieś niecodzienne i nieconocne. Brutalnie Wam napiszę:
Świat! Życie! Jakieś wstawanie, jakieś śpiewanie i granie, sprzątanie jakieś i rozmowy jakoweś. Niezadowolenie słuszne, zadowolnienie niesłuszne (z siebie) i coś jak tęsknota i jakby ciągota. Do kogo? Do czego? Już nie wiadomo…
A tu: Ewangelia:
Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili
Jeśli jestem chrześcijanką, jeśli chcę wierzyć, jeśli wierzę, jeśli chcę kochać… czy… mam to wziąć do siebie?
Co powinnam zrobić? Jak wyrwać się, oderwać od niekonieczności? Jak skupić się na tem, co darem miłości?

Tak, to właśnie on. Ostatnio maturzyści mierzyli się z polskim, matmą i angielskim. Z przyjemnością słucham pytań, jak mi poszło oraz przyjmuję i ofiaruję swoje „powodzenia”. Zwykle. Bo gdy pójdzie mi źle, wolę, żeby ktoś zniknął – ja albo świat. Może to zbytnie przejaskrawienie. 

Polski, który uważam za prosty poszedł mi raczej dobrze, tak samo nieskomplikowany i przyjazny angielski. Matematyka niestety tak sobie, bo mimo że łatwa, źle zorganizowałam sobie czas pisania.
Oczywiście mam na myśli podstawy.
Z ustnego polskiego mam tylko połowę punktacji, czemu w sumie się nie dziwię, bo nie przeczytałam nawet książek z bibliografii. A tak lubię swój temat! „Motywy biblijne w poezji XX-wiecznej”. W przygotowaniu najbardziej pomogła mi kochana Magdalenka, dwukrotnie wysłuchując mojego ględzenia i zauważając istotny błąd kompozycyjny. Tak samo mama i siostra, które powiedziały, żebym mówiła wolniej i wyraźniej (hm…).
Nieszczęsny lub i szczęsny czas rozszerzeń dopiero nadchodzi. Za dwa dni piszę biologię. Dowiedziałam się niedawno, że najważniejsze, aby powtórzyć genetygę, biotechnologię, związki organiczne, fiziologię organizmów i to, co dzieje się w komórce, a także ekologię i dopiero potem botanikę i zoologię.
A ja nie wiem, co to fotosynteza! No dobrze, wiem. Ale nie mam pojęcia, jakie są substraty i produkty cyklów Krebsa i Calvina. I co to cykl Krebsa!
A na dodatek ostatnio postanowiłam, że idę na polonistykę. Że medycyna to jednak nie dla mnie. Ale moja niezachwiana wola zmiany kierunku jakoś rozpłynęła się tego samego dnia. Zresztą zmiana teraz jest niemożliwa.
A że chcę być dobrą Agnieszką i pisać różne ładne rzeczy, a do tego iść  jednak na medycynę, muszę jak najlepiej napisać te matureńki, które mnie czekają i doczekać się nie mogą. Dlatego są tak blisko.
Pozdrawiam Was, drodzy LUDZIE, tak często zakręceni w błędnych kołach swojej codzienności! 

  • RSS