perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: rozpacz

Aua…

Brak komentarzy

No i oczywiście nici ze wszystkiego. Rozpacz, rozpacz, porażka, dno.
I dobrze.
Daję mamie propozycję, ona ją odrzuca, wszyscy są zadowoleni. Nie. Nie wszyscy. Nikt. Ona jest wściekła, ja się wściekam. Żal.pl i rozpacz.com.
Haha :D
I teraz boję się, że wpędziłam mamę w jakieś wyrzuty sumienia. Ja to chyba robię specjalnie, żeby się ochronić. Nie jestem do końca uczciwa ze sobą i… ale blog to nie konfesjonał. Albo gabinet psychologiczny. Bardziej nie to drugie. W sensie – w konfesjonale jest pojednanie, w gabinecie roztrząsanie problemów wewnętrzno-zewnętrznych. Więc konfesjonał to w ogóle inna baśń.
Tak czy inaczej. Właśnie – kolejna refleksja, która ostatnio i od dawna mieszka blisko mnie – uczciwość! Zawsze uczciwość. Żeby nie motać i nie plątać. A jakie to trudne…
Zatem: żeby tak móc ten węzeł przeciąć jedneym cięciem.
Wszystkie węzły.
Czasami wydaje się, że odpowiedź jest prosta. Uśmiechnąć się, pogodzić – tyle tematu. I uczciwość, uczciwość. A z mojej twarzy nie spływa ponuryzm. Czasami jest bardziej pogięta (odpowiedź). Obcy ludzie. Wejście w nowe środowisko.
Tak, stanowczo to mój problem numer jeden.
[Mama idzie przez mieszkanie do pokoju. Gasi światło. Ciemność. Lęk. Ach, żeby anioł...]

:)
Dziś uczestniczyłam w zajęciach teatralnych. Ludzie są sobie coraz bliżsi, w końcu to już czwarte spotkanie.
Żeby nie zaplątać się w niepotrzebne wstępy – zachowywałam się beznadziejnie. Były improwizacje i kompletnie paskudnie mi poszło. Miałam grać wyluzowanego dresa dilera. Byłam ponura, przygarbiona, nieuprzejma, knująca, momentami wesoła z powodu jakiejś zarobkowej sprawy – no wczułam się w rolę. I jeszcze jakby naćpana.
Tyle że to nie było specjalnie!
No i ogólnie coraz bardziej zakładałam kostium i maskę osoby kompletnie nieogarniętej. No dobrze – zdejmowałam kostium i maskę osoby ogarniętej. Albo coś całkiem innego, bo raz jest tak, raz owak, ale teraz robi się beznadziejnie. Nie potrafiłam poprowadzić większości rozmów, a przyczepiałam się do rozmów innych. Siadałam jakoś z boku, mówiłam nie to, co powinnam, no – koszmar z ulicy Wiązów.
Przedtem w autobusie dostałam mandat za przeterminowanną kartę miejską. Jakaś uprzejma pani poradziła, aby poprosić na stronie ztm o ulgę. Podziękowałam, z nerwowym śmiechem. Nerwowym śmiechem, jeju. A jeszcze przedtem, w domu, straciłam mnóstwo czasu na naukę na jakieś bezwartościowe zajęcia i nie zrobiłam szpinaku dla Ani, i byłam zła, że ma pretensje. I odpisałam dziwną rzecz na maila od miłego znajomego. I rozmawiałam przez telefon nie tak, jak chciałam. Koszmar z ulicy Wiązów, robaki, robaki, A!
Majaczyły wspomnienia okropnych dni w szkole, okropnych dni w domu, okropnych dni na ulicy, w znaczeniu, między miejscem a miejscem, nie miejscem pobytu…
Wracałam z zajęć, tupiąc, tupiąc z całych sił.
:)
Szłam zakapturzona, zaczapkowana, beznadziejna, beznadziejna. Nagle jakiś chłopak mijając mnie cicho powiedział: „cześć”. Nie zdążyłam odpowiedzieć. Zobaczyłam go już małego, daleko. Nie mógł mnie chyba poznać, nie poznałam jego głosu.
I nagle, no ludzie, zwierzęta, trawy… nagle cały czas zmieniał się mój światopogląd!
Miłość to powołanie każdego z nas, jak wyczytałam dziś-wczoraj w nocy. Tak. Tak. A rozpacz-gniew-zawodzenie to jej przeciwieństwa. To ode mnie zależy, czy im się poddam, czy będę wierzyć i walczyć, ale nie walczyć sama. O nie. Właśnie to jest trudne, właśnie nie jest łatwo. Właśnie…
Ale są doświadczenia. Tylko że za każdym razem przekonuję się, że mogłam zrobić inaczej, lepiej, sekundę po wydarzeniu. Uczę się bardzo opornie. Czasami się udaje.
I o to chodzi!
Bóg jest Celem, Źródłem. Bóg – Miłość. Mogę mimo wszystkich moich błędów uśmiechać się.
Uśmiechać się. O.
I idę do psychologa. I raczej mimo wszystko zrezygnuję z tego teatru. To nie będzie ucieczka. To będzie zostawienie ich w pokoju.
A na rekolekcjach w milczeniu Szkoły Kontaktu z Bogiem mój kierownik duchowy powiedział, że mogłabym poszukać stałego spowiednika. I tak zrobię. Jutro, jutro. Musi się udać.
Pakuję bochen chleba, flaszkę wody i harmonijkę ustną. Zawijam w kocyk, wieszam na kijku i ruszam w świat. Nieee, jadę autobusem na Świętojańską – tam są oni. Jezuici


Nie jestem jego wielbicielką. Tylko że no… śmieszny ;)


  • RSS