perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: opowiadanie

Smok

1 komentarz

Kasi ;)

Leżałam sobie, było już ciemno. Nie mogłam zasnąć. Ostatnio wciąż nie mogę zasnąć. Muzyka nie pomaga, bo od razu robi się jakoś smutno i jest jeszcze gorzej.
Więc wyobraziłam sobie smoka.
To chyba było jakieś opuszczone miasto. Był ogromny i czerwony, większy od zamku w tym mieście. Podeszłam do niego i zapytałam:
- Jak leci?
Na początku dziwił się i pytał, kim jestem, ale w końcu odpowiedział, że niedobrze, bo mu się nudzi. Zaproponowałam, żebyśmy jakoś mądrze pogadali, tak z dowcipem. To wtedy mu się przestanie nudzić.
- Więc jak leci?
- Eee… nisko.
I tak, od słowa do zdania, robiło się coraz ciekawiej. Niestety, umysł nie był w stanie zawsze na czas (bez dłuższej chwili ciszy) podsunąć dobrej odpowiedzi, ale było znośnie. Bardzo znośnie.
W toku rozmowy zaproponowałam, że coś mu opowiem. Miałam w głowie dwa zabawne koncepty, które oprawiłyby krótkie opowiadanie w ładną ramkę.
Zaczęłam. Ale przecież trzeba zacząć wcześniej. Nie, najlepiej jeszcze wcześniej. I mówię. Mówię. I mówię.
I zasnęłam.

Dziedziniec

Brak komentarzy

Zasnęłam w rozkosznie ciepłym
mroku, gdy Księżyc plamił srebrnym światłem pokój, a z odtwarzacza płyt CD
wypływały miękkie dźwięki wiolonczeli. „Dzień… był udany. Jak dobrze…”. Żadnych
myśli, które by dręczyły. Byłam wiolonczelą i srebrnym światłem, i ciepłem.

Obudziłam się leżąc na kamiennym
bruku. Nade mną świecił większy i złośliwszy Księżyc. Byłam ubrana w szary
długi płaszcz i dziwnie zwiewne spodnie. 
Zimno. „No tak, to sen. Nareszcie śnię świadomie, wreszcie się udało.”
Uszczypnęłam się jak bohaterowie książek z dzieciństwa. Poczułam to bardzo
wyraźnie. I wszystko było realne, przede wszystkim lekkie zmęczenie
podnoszeniem się z pozycji leżącej i mroźne podmuchy wiatru.

Rozejrzałam się dokoła. Pięknie,
doskonale! Daleko, prawie tak daleko, że wymykało się wzrokowi, szary krąg –
byłam na ogromnym dziedzińcu wspaniałego budynku. Znów popatrzyłam do góry.
Gwiazdy! Wielkie, gęste… i Księżyc. Niebo tak granatowe, że przez moment
zatopiłam się w tym granacie. I żadnych drzew, żadnych brzydkich betonowych
kolorów. Tylko kamienie pode mną i daleko szare cegły…

Opuściłam wzrok. Zimno. Ciemność.
Samotność. Dotyk materiału, z którego miałam spodnie był rozkosznie delikatny,
ale nie chronił nóg przed wiatrem. Na stopach zauważyłam ciemnoszare lakierki
na małym obcasie. I wreszcie odważyłam się stwierdzić, że to nie jest sen, i
odważyłam się spytać:

- Co ja tu robię?

Wiatr uderzył prosto w oczy. Przyniósł
chmury, zaczęło padać.

„Więc stało się coś nierealnego”
– myślałam, wtulając się w płaszcz. Wiatr szarpał moje włosy. – „pytanie, czy
ktoś mnie tu przeniósł gdy spałam, czy po prostu… no… po prostu.” – poszłam
kawałek do przodu, żeby się rozgrzać – „Ech. Więc – życie. Więc coś muszę
zrobić. A może nic nie zrobię. Może tu zostanę. Ciekawe, gdzie jestem. I
ciekawe, czy kiedyś wrócę do…” – „mamy” – pojawiło się w mojej głowie. „Do
mamy. Ciekawe, czy kiedyś wrócę.”

Nagle zapragnęłam, żeby zaczęły
się spełniać moje najdziksze marzenia.

- Faunie? Faunie, jesteś tu,
prawda? Chciałabym cię spotkać. Ty jesteś stary… i mądry… porozmawiamy.

Nic się nie wydarzyło. Zaczęłam
dokładniej rozglądać się po przestrzeni. Deszcz jeszcze bardziej utrudniał
widzenie. Ale udało mi się zauważyć mały przesmyk dokładnie naprzeciw mnie,
bardzo daleko. „Tam” – pomyślałam – „na pewno zorientuję się, gdzie jestem.”
Poza tym atmosfera dziedzińca okazywała się coraz bardziej złowroga, bardzo
chciałam się z niego wydostać.

Zaczęłam iść naprzód.

Księżyc  zniknął za chmurami, co chwila oglądałam się
za siebie, żeby jeszcze raz zdziwić się ogromem pustki.

Nagle, jak kolejny zimny podmuch,
zjawił się nietoperz. Z czarnym wdziękiem przeistoczył się w mężczyznę w długim
czarnym płaszczu (bo nie różowym).  Nie
spodobał mi się, mimo że był piękny. Miał idealnie ułożone czarne włosy, bladą,
jakby wyrzeźbioną w marmurze twarz i czarne oczy, w których kryła się wiekowa
mądrość. Chciałam go wyminąć, na co mi pozwolił, ale zaraz potem, sunąc po
bruku jakby go nie dotykając, znów zagrodził mi przejście. Chciałam być wolna.
Czułam, głęboko, najgłębiej, że powinnam wydostać się z dziedzińca, choć i to
nie zapewni mi zupełnego bezpieczeństwa. Za drugim razem wampir, bo inaczej nie
mogłam go nazwać, znowu pozwolił mi przejść. Jednak gdy stanął przede mną po
raz trzeci, i gdy po raz trzeci spróbowałam go ominąć, chwycił mnie za ramię
(nie miałam już możliwości ucieczki, wiedziałam to) i przemówił:

- Pozwolę ci przejść – miał
niski, gładki głos, z jakimś niedopowiedzeniem, lekko urywający się,
pozostawiając miejsce na tajemnicę – jeśli spełnisz dwa moje… – urwał na chwilę
– rozkazy.

Mimo że nie miałam ochoty, odpowiedziałam naiwnie:

- A nie mogę po prostu przejść?

Zaśmiał się z odcieniem czułości.

- Nie.

Chociaż wampir nic o tym nie wspomniał, byłam pewna, że
jeśli nie spełnię rozkazów, po prostu mnie zatrzyma.

                - A
jeśli zostanę z – zawahałam się – z panem dobrowolnie?

                - Ooo –
zrobił zaskoczoną minę – wtedy… – dziwnie machnął płaszczem, jakby tworzył
nastrój do roztaczania wizji… – wtedy będziemy rozmawiać w salonie (ujrzałam w
wyobraźni salon tak potężny, że przy świetle trzech świec widać jedynie oblicze
mojego towarzysza i hebanowy stół o cienkich nogach), pijąc herbatę (poczułam
smak gorącej gorzkiej herbaty i dotyk porcelany na wargach). Będę grał na
fortepianie (usłyszałam kilka dźwięków łączących się w odpowiedź, emocję,
drżenie…). Nocą, gdy będziesz zasypiać w swojej sypialni (biała pościel ze
srebrnym Księżycem), będę kładł się naprzeciw (nienagannie siada i powoli się
kładzie. Czarna peleryna spływa z łóżka.) i trzymał twoje dłonie, dotykał
twoich pleców i włosów. A ty moich policzków.

                Poczułam
niechęć do życia w ciemności i nudzie. Byłam przyzwyczajona do Internetu,
książek, czasami spotkań. Beztroskiego zjadania czekolady i odsłuchiwania
piosenek. Do światła, do wiosny. Do różnorodności przeżyć i miejsc. Do autobusów
i basenu. I do ludzi, chociaż… chociaż… nie. Nie umiem radzić sobie wśród
ludzi. Uwielbiam niektórych, ale brakuje mi… prawdy i pełni. Może tu
zrozumiałabym, poznała… Zawsze coś ogranicza mnie i innych. Nie chcę wracać.

                - A co
by się stało, gdybym nie spełniła rozkazów? – spytałam.

                -
Wtedy… – odparł wampir – zamknąłbym cię w klatce. W salonie. Nisko nad ziemią.
Byłabyś tam aż do śmierci. A ja siedziałbym i patrzył. Czasami przynosiłbym ci
jabłko… i… herbatę i patrzyłbym jak jesz. I jak zasypiasz na twardym metalu.
Miałabyś miejsce tylko dla siebie za czarną zasłoną (wiedziałam, o czym mówi),
ale na krótko każdego dnia.

Byłam bardzo zdziwiona tym
okrucieństwem, mimo że przeczuwałam je od początku. Zaskoczyło mnie też to, że
wampir, z pewnością samotny od lat, zadowoliłby się tylko patrzeniem, samą
uwięzioną obecnością. Poczułam też jeszcze większą niechęć. Całe życie, które
mi pozostało, jeśli nie zachoruję, nie zadławią się… herbatą… w milczeniu, w
niewygodnej klatce.

Nagle przyszło mi coś do głowy.
Jako dobrowolny gość, byłabym przecież… wolna.

- A czy jeśli zostanę z własnej
woli… będę mogła odejść?

Wampir znowu zrobił zdziwioną
minę i odpowiedział jakby wbrew sobie:

- Tak… tak będziesz mogła… odejść.
Ale potem… potem, gdy już będziesz 
wiedziała, że tego chcesz. Potem…

Zdałam sobie sprawę z tego, że
nie byłoby to łatwe, że moje i jego „potem” to kwestia perspektywy. Jego to
może trzysta lat. Moja – dwadzieścia.

Nagle przypłynęła do mnie refleksja,
że pewnie wiele osób na moim miejscu chciałby wrócić jeszcze do tego, co je
mocno trzyma ze światem, do czegoś, co mu daje, co od niego przyjmuje: praca,
ta wybrana, rodzina, ta upragniona, osoba… ta ukochana… nie, nic takiego mnie
nie zatrzymywało.  Zresztą skąd pewność,
że po przejściu przez przesmyk (jak daleko majaczył!) znalazłabym drogę
powrotną? I czy ode mnie zależy powrót w jakiś ponadrealny sposób?

- Gdzie jesteśmy? Co to za
miejsce? – spytałam.

- Jesteśmy na Dziedzińcu – odparł
wampir jakby w zamyśleniu.

- Ale…

- Tak? – nie odpowiedziałam. Wiedziałam,
że lepszego wyjaśnienia nie uzyskam.

- Tak? – nadal dopytywał się
wampir, więc spytałam:

- Ale co jest poza dziedzińcem,
co to za… kraj…ina?

- Ha, nie wiem – odpowiedział z
pewną satysfakcją.

Znów poczułam zimno, o którym
zapomniałam w czasie rozmowy. Już wiedziałam, że nie chcę wrócić, ale wciąż
słabo odczuwałam potrzebę wydostania się z tego miejsca, wysiłku ku cienkiemu
odległemu przesmykowi…

-Chcę zostać z panem.

Powiedziałam to, patrząc mu w
czarne, mądre oczy. Wiedziałam, że urzekły mnie mimo wszystko. Powiedziałam to,
wciąż pamiętając tęskne dźwięki fortepianu i dotyk jego chłodnych dłoni.
Powiedziałam to też widząc jego samotność, ledwo czytelny fakt, że mnie potrzebuje.

- Zatem chodźmy – krzyknął.


  • RSS