perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: milosc

Cofanie czasu

Brak komentarzy

Gdybym mogła cofnąć czas, mieć trzy lata i zachować odkrycia, pamięć, wszystko… i mieć pewność, że znowu będę dziewiętnastolatką, ale czas będzie już płynął zwyczajnie, przede wszystkim chciałabym zmienić relacje z innymi. Może mogłabym coś zrobić żeby nie było rozwodu. Ale bardzo zależałoby mi na takich zwykłych codziennych… miłościach. Chciałabym coś w tym zmienić, żeby miłości było więcej, żeby była! A wtedy nie poznałabym Magdaleny. To znaczy poznałabym ją, ale ona mnie nie. (Chociaż przecież i ona ma rodzinę w Olsztynie. Może mimo wszystko dałabym się skusić.) Dla niej może też tak byłoby lepiej.
Ale nie cofnę czasu. I nie wiem, jak długo jeszcze będę żyć. Jutro wsiadam do samochodu Pirata…
I… mam ciągle dziewiętnaście lat, chociaż myślą mogę cofać się wstecz. Mam dziewiętnaście, nie trzydzieści sześć. Mogę sobie pobiec do trzydziestu sześciu i zastanowić się, co bym zmieniła, gdybym mogła wrócić do dziewiętnastu. Ciekawe, co odkryję w tym wieku, jeśli dożyję.
Kiedyś tak chciałam być siedmiolatką, żeby już nie bać się potworów. I stało się. I pamiętałam, że chciałam. Cóż, że potem strach wrócił.
Może odkryję, że… nie wiem. Że… chcę umrzeć. Nie, że muszę żyć chwilą i że teraz trzeba mi być na sto procent.
I co zmieniłabym? Chciałabym być bardziej teraz. I więcej pewnie się uczyć. Nie, właśnie nie. Chciałabym być dobra dla mamy, gotować obiady… też właśnie nie. Chciałabym mieć dobre stosunki z nią i z innymi. I na pewno chciałabym… no tyle autorytetów to mówiło. Na pewno to prawda, ale sama jeszcze tego nie odkryłam. Że chciałabym słuchać Boga. A to takie zagmatwane. A przecież… wierzę. To znaczy – nie wiem, czy mogę w to wejść, jak i na ile.
Wszystko okrywa mgła. Codzienność i conocność są ciągle niepełne. Cieszę się, że istnieją sojusznicy, że…
patrzę na tytuły notek innych osób i mam dosyć tych wszystkich spraw: „Dziwny był wczorajszy j…”, „zakochać się, n…”  „Tkwię służbowo na konfe…”, „nocami płaczę może chlipi…”
Ostatni mnie zainteresował. Okazał się wierszem o płaczącym psie.
Poezja. Poezja ciągle pyta i odpowiada, i opowiada prawdy i piękna. Za mało. I za dużo.

:)
Dziś uczestniczyłam w zajęciach teatralnych. Ludzie są sobie coraz bliżsi, w końcu to już czwarte spotkanie.
Żeby nie zaplątać się w niepotrzebne wstępy – zachowywałam się beznadziejnie. Były improwizacje i kompletnie paskudnie mi poszło. Miałam grać wyluzowanego dresa dilera. Byłam ponura, przygarbiona, nieuprzejma, knująca, momentami wesoła z powodu jakiejś zarobkowej sprawy – no wczułam się w rolę. I jeszcze jakby naćpana.
Tyle że to nie było specjalnie!
No i ogólnie coraz bardziej zakładałam kostium i maskę osoby kompletnie nieogarniętej. No dobrze – zdejmowałam kostium i maskę osoby ogarniętej. Albo coś całkiem innego, bo raz jest tak, raz owak, ale teraz robi się beznadziejnie. Nie potrafiłam poprowadzić większości rozmów, a przyczepiałam się do rozmów innych. Siadałam jakoś z boku, mówiłam nie to, co powinnam, no – koszmar z ulicy Wiązów.
Przedtem w autobusie dostałam mandat za przeterminowanną kartę miejską. Jakaś uprzejma pani poradziła, aby poprosić na stronie ztm o ulgę. Podziękowałam, z nerwowym śmiechem. Nerwowym śmiechem, jeju. A jeszcze przedtem, w domu, straciłam mnóstwo czasu na naukę na jakieś bezwartościowe zajęcia i nie zrobiłam szpinaku dla Ani, i byłam zła, że ma pretensje. I odpisałam dziwną rzecz na maila od miłego znajomego. I rozmawiałam przez telefon nie tak, jak chciałam. Koszmar z ulicy Wiązów, robaki, robaki, A!
Majaczyły wspomnienia okropnych dni w szkole, okropnych dni w domu, okropnych dni na ulicy, w znaczeniu, między miejscem a miejscem, nie miejscem pobytu…
Wracałam z zajęć, tupiąc, tupiąc z całych sił.
:)
Szłam zakapturzona, zaczapkowana, beznadziejna, beznadziejna. Nagle jakiś chłopak mijając mnie cicho powiedział: „cześć”. Nie zdążyłam odpowiedzieć. Zobaczyłam go już małego, daleko. Nie mógł mnie chyba poznać, nie poznałam jego głosu.
I nagle, no ludzie, zwierzęta, trawy… nagle cały czas zmieniał się mój światopogląd!
Miłość to powołanie każdego z nas, jak wyczytałam dziś-wczoraj w nocy. Tak. Tak. A rozpacz-gniew-zawodzenie to jej przeciwieństwa. To ode mnie zależy, czy im się poddam, czy będę wierzyć i walczyć, ale nie walczyć sama. O nie. Właśnie to jest trudne, właśnie nie jest łatwo. Właśnie…
Ale są doświadczenia. Tylko że za każdym razem przekonuję się, że mogłam zrobić inaczej, lepiej, sekundę po wydarzeniu. Uczę się bardzo opornie. Czasami się udaje.
I o to chodzi!
Bóg jest Celem, Źródłem. Bóg – Miłość. Mogę mimo wszystkich moich błędów uśmiechać się.
Uśmiechać się. O.
I idę do psychologa. I raczej mimo wszystko zrezygnuję z tego teatru. To nie będzie ucieczka. To będzie zostawienie ich w pokoju.
A na rekolekcjach w milczeniu Szkoły Kontaktu z Bogiem mój kierownik duchowy powiedział, że mogłabym poszukać stałego spowiednika. I tak zrobię. Jutro, jutro. Musi się udać.
Pakuję bochen chleba, flaszkę wody i harmonijkę ustną. Zawijam w kocyk, wieszam na kijku i ruszam w świat. Nieee, jadę autobusem na Świętojańską – tam są oni. Jezuici


Nie jestem jego wielbicielką. Tylko że no… śmieszny ;)

Peloha

Brak komentarzy

Przeczytalam ksiazke „Peloha” – zapis slow Mary Earle – kobiety, ktora namawia, aby zyc swiadomie, uwazajac sie za „przypominacza”. Przekonuje do wyzwalania z leku i do milosci dla calego swiata. Podchodzi do ludzi i natury od srodka, pragnie widziec w nich to, co jest takze w niej samej, pragnie byc ze wszystkim jednoscia.
Patrze teraz na siebie jakby troche z boku. Gdy robie znak Krzyza, zastanawiam sie nad nim – oznacza on, ze modle sie w imie Tego, w ktorego wierze. W kogo wierze? W… Boga. W jakiego Boga? Tego, ktory pragnal swiata i mnie. Jak to? Osacza mnie to, co niepotrzebne i nie potrafie poczuc Tajemnicy. A moze wszystko jest potrzebne, tylko nie potrafie z tego korzystac.
No tak. Wiec istnieję. Po co? Zeby uczestniczyc? W czym? W zyciu swiata?
Po co jestem na Ziemi? Krotki okres przed wiecznoscia… aby… proba? A moze ten okres jest wlasnie bardzo wazny? Moze wiecznosc i terazniejszosc… wiem malo, jest mi trudno, doswiadczam smutku po spotkaniu czlowieka, moge duzo, ale tylko w granicach tego swiata. Po co?
Istnieję. I bede istniec. Teraz i potem. To teraz jest tak wazne jak to potem, wiec istnieje teraz i bede istniec potem z tego samego powodu. Zeby… uczestniczyc w tej milosci, dzieki ktorej jestem? Teraz jest wiecznosc i nieskonczonosc.
Ha! Milosci… jestesmy w domu. Ciagle to samo. Bog nas stworzyl, wiec przede wszystkim do Niego powinna sie kierowac, bo to z niego wyszlismy… jakby… dlatego tez rodzice, rodzina. Potem osoba, potem rodzina, nowa. I wszyscy sa jednoscia, bo wszyscy sa z tej Milosci, wiec kochac wszystkich, bo… kochac Boga, bo uczestniczyc w milosci. Placze.
Boze…

Z namiętnie natrętnych myśli o pewnej osobie, z ciągłych pytań i zawsze inych odpowiedzi, z pragnień i zamętu, z postanowień i wahań, z pewnych decyzji, które w nasępnej sekundzie zamieniają się w swoją odwrotność, wyrwało mnie „Podwójne życie Weroniki” – film, który wprawdzie kojarzy mi się z tą osobą, ale jego niesamowity urok wessał mnie od niej, z realnego świata.
Gdy oglądałam ten film pierwszy raz, nic z niego nie zrozumiałam. Teraz przysunęłam twarz blisko ekranu i zatonęłam w obrazach, które najpierw musiały nawiedzić umysł Kieślowskiego.
Jest w nim przedstawiona historia dwóch młodych kobiet, dwóch Weronik, z których jedna mieszka w Polsce, a druga we Francji. Obie zajmują się muzyką, obie są tak wrażliwe, że niezrozumiane przez swoje otoczenie (niektórych ludzi inni nigdy nie zrozumieją, tak subtelne i nadprawdziwe są ich przeżycia), obie mają krótkie czarne włosy i są bardzo szczupłe… są identyczne. Żyją na świecie, jakby wciąż były gdzie indziej, ale obdarzają go miłością. Nagle przez moment są bardzo blisko. Wkrótce Weronika z Polski umiera, zasypują ziemią jej trumnę. Odchodzi śpiewając.
Druga Weronika czuje, że kogoś straciła, a zarazem wydaje jej się, że jest wciąż kierowana, że wie, co robić. Posłuszna tej sile, posłuszna dziwnym znakom, rezygnuje ze śpiewania, co może chroni ją przed śmiercią „na serce”. W jej życiu pojawia się przy tym silna i jakby ponadrealna miłość do artysty-lalkarza. Zgadza się na nią, oddaje się jej. Artysta-lalkarz jest też jakby częścią dziwnych znaków i osobą, która wyjaśnia WSZYSTKO w swoim opowiadaniu o „Podwójnym życiu… podwójnym życiu… tylko jeszcze nie wiem, jakie dać jej imię.”
Muzyka w tym filmie dotyka tajemnicy, ale nie okrywa jej, towarzyszy wszystkiemu, co najpiękniejsze i najważniejsze.
Oczywiście, ta interpretacja może być inna niż interpretacja Kieślowskiego…

Chyba nie… chyba zwierzęta są po prostu: dobre. (Chociaż trudno cokolwiek mówić na pewno.) To pierwsi ludzie zgrzeszyli i to ludzie mogą wykazać się „cnotą” i „występkiem”.
A cnota, uczciwość na przykład, może sprzeciwić się wielu przeszkodom na drodze człowieka. Lenistwu się może sprzeciwić. Kradzieży.
Więc jest tym, co jest KONKRETEM, który bez żadnego „lecz” stoi po stronie dobra postaci stworzonej na Boży obraz.
Oto poszukiwany konkret (szukałam konkretu). Ciekawe, czy są jakieś jeszcze.
Owszem,
Miłość, która chce tylko dobra. Bóg, który chce tylko dobra.
Więc mamy: Boga, miłość i cnotę. Coś jeszcze?
Siedzę i myślę już może… minutę (!!!), ale chyba się poddam – na rzecz łóżka…

Dodam może tylko, że skoro KONKRETY są za naszym dobrem… warto nimi żyć. Jak? Po prostu.
Zacząć i nie przestawać. Oczywiście, że przyjdą komplikacje. Pozdrawiam!

Spokój, rozwiązanie problemu, zgoda… takimi wyrażeniami można rozkoszować się tylko po ciężkich rozterkach, napastującym problemie i kłótni. Rozkoszować się, cieszyć… tak naprawdę bez uzasadnienia. A potem znów martwić i chodzić z twarzą przy Ziemi. Taki los człowieka, niezależnie od warunków, w których przyszedł na świat i żyje. Chwile szczęścia są ścigane przez nieuchronne zmartwienie. Czasami tak nie-uchronne, że czego by się nie robiło – trzeba przecierpieć. I jeśli ten człowiek – ta postać na Boży obraz… będzie przez cały czas trwać w przekonaniu, że jest kochana i może każdą radość i zmartwienie odnieść do rzeczywistości niewidzialnej…
To co?
Co wtedy?
och, wtedy i tak niczego nie będzie rozumieć i będzie potykać się o niezrozumienie innych. I tak będzie musiała działać i do czegoś dążyć, wciąż nie ustawać w wysiłku, choćby był on pokonywaniem nudy! Wciąż „ale” - przeszkoda, bieda, strata, ból choćby fizyczny, lub właśnie brak bólu jakiegokolwiek i nijakość.
No, chyba że nie będzie tylko „odnosić do rzeczywistości niewidzialnej”, ale nią żyć, żyć życiem Bożym.
I co?
Co wtedy?
Żebym to ja wiedziała. Świat świętych pociąga mnie, a przecież boję się zaufać w pełni tak Bogu, jak i ludziom (a jednak wierzę, że On chce naszego zbawienia, więc szczęścia i nie stoi obok obojętnie – działa – to przez ludzi, to przez wydarzenia, to przez – swoją śmierć!).
A zdarzają się w życiu momenty nieporównywalne do niczego:
Mama była ostatnio w szpitalu. Na wielkiej sali były tylko dwie osoby: ona i staruszka, której ciężko było samodzielnie chodzić i która byla źle traktowana przez pielęgniarki i rodzinę – oba te środowiska bardziej lub mniej otwarcie czekały na jej śmierć. Ludzie, którzy się nią opiekowali nie chcieli nawet prowadzić jej do wc, każąc załatwiać się do kaczki, co nie jest ani trochę przyjemne. Pewnego razu wybrala się tam o własnych siłach, których prawie nie miała. (Mama nie mogła jej pomóc z powodu chorych nóg.)
Chwilami odpływała. Nie wiedziała, gdzie jest i krzyczała na mamę, że siedzi na łóżku zamiast jej pomóc, myśląc pewnie, że to pielęgniarka.
Mama, dopóki pozostawała w szpitalu, pilnowała, żeby nie robiono jej krzywdy. A w którymś momencie usiadła obok niej na łóżku i zaczęła głaskać jej rękę. Wtedy, jak się wyraziła „jakby anioł musnął jej twarz” – odprężyła się i rozpogodziła. Ręka była miękka i miła w dotyku, mimo wieku.
Potem mama na jakiś czas opuściła szpital, a gdy wróciła – starsza kobieta już nie żyła.
Wszyscy potrzebują miłości. Chciałabym kiedyś móc ją dać pacjentom. „Kiedyś”… mam kolegę, którego mama jest lekarką. Już po krótkich momentach kiedy widzę ich razem, dostrzegam między nimi gorące rodzinne uczucie. Jego mama ma tak dobre spojrzenie… takie rzeczy wynosi się z domu, wynosi się z duszy. Nie z postanowienia i nie z chwili wzruszenia.
A czasami ktoś szczególnie potrzebuje gestu, objęcia, słowa… (choć z drugiej strony – to bywa bardziej skomplikowane – wiem po sobie.) Żeby wtedy Bóg mógł działać przez drugiego człowieka… i przyjść do tego, który chce
Miłośći!

Nie?

No dobrze, mijają. Ale jakieś niecodzienne i nieconocne. Brutalnie Wam napiszę:
Świat! Życie! Jakieś wstawanie, jakieś śpiewanie i granie, sprzątanie jakieś i rozmowy jakoweś. Niezadowolenie słuszne, zadowolnienie niesłuszne (z siebie) i coś jak tęsknota i jakby ciągota. Do kogo? Do czego? Już nie wiadomo…
A tu: Ewangelia:
Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili
Jeśli jestem chrześcijanką, jeśli chcę wierzyć, jeśli wierzę, jeśli chcę kochać… czy… mam to wziąć do siebie?
Co powinnam zrobić? Jak wyrwać się, oderwać od niekonieczności? Jak skupić się na tem, co darem miłości?

W opisie debaty padło pytanie „Czy jesteśmy stworzeni do zmartwychwstania”? Z jednej strony można do tego podejść, jak do pytania retorycznego. Wierzę, że właśnie „do tego” zostaliśmy stworzeni. Do bycia szczęśliwymi razem z Bogiem, po życiu na Ziemi (a nawet w trakcie).

Szkoda, że czasami wszystko tak bardzo się komplikuje. Pojawiają się dylematy i rozterki, przychodzą trudne sytuacje. Czasami wyjściem z nich okazuje się paradoksalnie zamknięcie w sobie, albo reakcja, której się żałuje. A w efekcie pojawiają się: wstyd przeszłości, lęk przed przyszłością i paraliż w teraźniejszości. 
Myślę, że wtedy ratunkiem może być tylko wiara w miłość Boga. Że mimo wszystko jest nadzieja na nowe życie. Doświadczyłam czegoś takiego po długim okresie nocy pełnych rozpaczy. Miałam dosyć życia wśród ludzi, których nie potrafiłam kochać, życia, w którym nie mogę się odnaleźć. Nie miałam pojęcia, co ja tu robię. Oglądałam z przyjemnością wszelkie horrory, w dzień patrzyłam spokojnie w oczy strachu, aby w nocy bać się śmierci i życia bez sensu!
Jednak przez cały czas były ze mną pewne Osoby, szczególnie Istotka. A latem pojechałam na rekolekcje oazowe. Tam nasłuchałam się takich cudownych rzeczy, że już nigdy nie poddałam się do tego stopnia rozpaczy. Zresztą rozpacz to grzech, to coś nielogicznego – to odwrócenie się od Boga, który chce naszego zmartwychwstania w przekonaniu, że jest ono niemożliwe!
Czego się nasłuchałam? Przede wszystkim tego, że, w co trudno było mi uwierzyć, wcale nie jestem skazana na takie życie. Że Bóg wcale tego nie chce. I jeszcze wielu inych rzeczy, których teraz nie przytoczę, bo nie pamiętam. A przecież wiem, że do teraz podtrzymują mnie w nadziei. Przyjmowałm je opornie i byłam okropnie w tym zagubiona, ale wróciłam szczęśliwa i pełna życia. Ach – pamiętam jeszcze, że dowiedziałam się, aby żyć teraźniejszością. Żeby nie wypominać sobie bez końca grzechów, które zostały już przebaczone przez Boga. A mogły być odpuszczone dzięki ofierze Pana Jezusa. I że te wszystkie problemy są Mu dobrze znane, a dla Niego nie ma nic niemożliwego… Że najlepsze, co mogę zrobić, to zaufać Mu, że On wie najlepiej, jak dojść do… Zmartwychwstania.
Zmartwychwstanie

„Nalegam na zjednoczenie. Dlaczego mielibyście pozostawać sami, skoro
w każdej chwili możecie być we Mnie. Być we Mnie to tak jak być
w niebie, bez wizji i rozkoszy. Ćwicz się więc w jednoczeniu się ze Mną,
w okazywaniu Mi uwielbienia i czułości.

Czegóż nie uczyniłabyś, gdybyś mnie naprawdę widziała? Rzuciłabyś się
do mych stóp, przycisnęłabyś Mnie do serca. Dziękowałabyś Mi za moje
cierpienia i za moje dobrodziejstwa. Prosiłabyś Mnie o przebaczenie ci
pewnych win dobrowolnych i mówiłabyś Mi słowa miłości.

Czyń tak, jakbym był dla ciebie widzialnym. O, jakie to dobre
ćwiczenie w wierze! Daje ono nadzieję i miłość. A jeżeli jesteś pewna
mojej Obecności jak mogłabyś nie pragnąć zjednoczenia z Tym, który cię
kocha najwięcej? Tym, który jest pełen uroku… Tym, który nazywa się
Miłością? Czy kiedykolwiek znałaś kogoś, kto by się tak nazywał? Kogoś,
kto posiadałby Nieskończoność? Czy możesz sobie wyobrazić Siłę nie
mającą ograniczeń? Jakie sprzeciwy mogłabyś wysunąć przeciw oddaniu się
tej Sile, skoro Ona jest Miłością i Dobrocią?

Na co czekasz, aby wznieść się ponad swoją przeciętność? Proś Mnie
o pomoc i ratunek. ‘Choćby mnie zabił, ufać Mu będę’. O, jakże Mnie
poruszają te piękne słowa Hioba,… czy można oprzeć się całkowitej
ufności dziecka? Bądź takim małym dzieckiem. Wzruszaj Mnie pragnąc
pełnej świętości. Pragnij tego, co ci się wydaje niemożliwe. Wtedy Ja
zaczynam interweniować. Czy nie mogę cię wziąć na moje ramiona? Ja,
Olbrzym? Nie opuszczaj Mnie… Nie opuszczaj Mnie nigdy. Nawet
spoczywając śpij na moim sercu.

Gdybyś mogła pojąć znaczenie, jakie przywiązuję do zjednoczenia…
Rozumiesz, kiedy sami z siebie, bez żadnej presji przychodzicie do Mnie,
to takie wasze przylgnięcie do Mnie przynosi Mi zaszczyt i chwałę. To
trochę tak jak zaproszenie do małżeństwa. Przypominasz sobie? Byłaś
dumna i wzruszona. Ja też czuję to samo i nawet więcej, bo jestem
najwrażliwszy, najbardziej kochający”

Pan Jezus

Czyż to nie jest bez sensu być tu teraz? Czy nie lepiej wstać jutro wcześnie? Nie. A jutro Niedziela Palmowa. Wielkanoc tak niedługo, tymczasem wcale nie czuję się przygotowana na przyjęcia po raz kolejny prawdy… prawdy o Zmartwychwstaniu.

Typ Podstawczaki: lądowe.  Wielokomórkowa grzybnia. Grzybnia wegetatywna zwykle dikariotyczna.
Rozmnażają się płciowo lub bezpłciowo, przez zarodniki konidialne. Nie mają gametangii – miejsc tworzenia się gamet. 
Proces płciowy - somatogamia: łączenie się dwóch różnoimiennych strzępek grzybni –> plazmogamia –> komórka z parą jąder sprzężonych –> nowa grzybnia z komórek dikariotycznych (grzybnia dikariotyczna), wytwarzająca w pewnych okresach życia owocniki.
W warstwie rodzajnej owocnika szczytowe komórki niektórych strzępek przekształcają się w w zarodnie – podstawki. W zarodniach kariogamia i jeden podział mejotyczny.
Na szczycie podstawki uwypuklają się cztery wyrostki. Do nich wnikają powstałe w mejozie jądra komórkowe i tworzą razem z wypustkami zarodniki podstawkowe, które odrywają się od podstawki i są roznoszone przez prądy powietrza.
Do podstawczaów należą grzyby kapeluszowe. Spodnia strona kapelusza – hymenofor - pofałdowana, co zwiększa jej powierzchnię. Może mieć postać blaszek (u prawdziwka), lub rurek (pieczarka). Zewnętrzna warstwa komórek hymenoforu to warstwa rodzajna z podstawkami. Dzięki temu, że znajduje się na spodniej stronie kapelusza, zarodniki są łatwiej rozsiewane.
Niektóre podstawczaki są zamknięte (np. purchawka) i wydmuchują zarodniki pod wpływem nacisku.

[Wróciłam z Mszy z palemką, ale spóźniłam sie na święcenie. Najpierw poddałam się uczuciu przygnębienia w związku z ostatnimi wydarzeniami, a potem znalazłam ciekawy artykuł… 
http://mateusz.pl/mt/ko/Krzysztof-Osuch-SJ-Pokonac-grzech-zwycieska-rozkosza.htm
 Jakie to dziwne, że wciąż zapominam, że Bóg mnie/nas kocha. Ciągle myślę o tym, że znowu robię coś nie tak, nawet że Pan Jezus umarł na krzyżu myślę. A o tym ciągle zapominam. O tym, co to dla mnie/dla nas znaczy. I za każdym razem jestem zdziwiona, jak mogę żyć poddając się uczuciu smutku, zrezygnowania lub obojętności. Nie myśląc wcale o tej prawdzie, albo jakby w nią powątpiewając. A dzisiaj nawet pytałam, jak mam przeżywać Mszę, skoro nie widzę i nie czuję. Mogę tylko wierzyć. Cóż… poczekam na odpowiedź.]

[Och - już przyszła! Bo przedtem nie skończyłam czytać artykułu. Co nie oznacza, że przybył on na suchą glebę - o nie! Już przedtem myślałam o tych sprawach. Nie wiem tylko, czy dobrze się wyrażę. Bóg przemawia do nas/do mnie w Piśmie Świętym, pisanym, jak wierzę/wierzymy pod natchnieniem Ducha Świętego. Właśnie tam znajduje się zapewnienie o Jego miłości. A Ewangelia opowiada o tym, jak Pan Jezus ustanowił Eucharystię - na której Bóg przemienia chleb i wino w... Jego Ciało i Krew. I każda świadomość, że ktoś nas kocha jest bardzo uszczęśliwiająca, a świadomość, że ktoś nas kocha mimo wszystko i zawsze... mimo tego, że złe, które robimy i które nam robią Go martwi i obraża.]

[Och - a teraz zupełnie skończyłam czytać. W następnym poście wstawię ostatni fragment...]

Palemka


  • RSS