perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: mama

Niesamowity dzień. Umyłam niemytą x godzin (żeby nie było że miesięcy, o nie…) podłogę w kuchni! Następnie niemytą x dni (wcale nie miesięcy!) wannę i jeszcze umywalkę, i nawet… nawet ręce umyłam. Swoim zwyczajem podśpiewywałam, tym razem:
Błogosławiona bądź łaźnia-boginia
Kąpiel ty jesteś śródziemna malina
Bardzo radośnie minęło trochę czasu z mamą. Pisałam jeszcze wypracowanie, ale to blog nie pamiętnik, miałam pisać o pająkach.
Zatem: myłam podłogę w kuchni, zwracając się z uczuciem do łaźni, już kończyłam, gdy nagle…
Nagle spod szafki wybiegł brązowy delikatny pajączek, niewinny, nieświadomy zagrożenia i zdezorientowany. Patrzyłam na niego kilka sekund, po czym krzyknęłam „A.” i odrzuciłam od siebie ścierkę. Tak było. Wzięłam ją potem w dwa palce i otrzepałam, a pajączek tymczasem uciekł z powrotem pod szafkę.
Pająki uciekają ostatnie… Pająki uciekają ostatnie, bo muszą być pewne, że tutaj nie ma dla nich miejsca.

No i króliki! Widziałyśmy czarnego królika. Kto opisze jego miękkie ciepłe futerko, spod którego ledwo wystają końcówki tylnych łapek, gdy leży na boku, mrużąc oczy, gotowy na dotyk dłoni, która uciszy jego bezdomne drgnienia i oswoi wietrzną dzikość małego serca?

Chciałabym wymienić pająki na króliki
Prawda, że korzystna wymiana? Prawda?

Aua…

Brak komentarzy

No i oczywiście nici ze wszystkiego. Rozpacz, rozpacz, porażka, dno.
I dobrze.
Daję mamie propozycję, ona ją odrzuca, wszyscy są zadowoleni. Nie. Nie wszyscy. Nikt. Ona jest wściekła, ja się wściekam. Żal.pl i rozpacz.com.
Haha :D
I teraz boję się, że wpędziłam mamę w jakieś wyrzuty sumienia. Ja to chyba robię specjalnie, żeby się ochronić. Nie jestem do końca uczciwa ze sobą i… ale blog to nie konfesjonał. Albo gabinet psychologiczny. Bardziej nie to drugie. W sensie – w konfesjonale jest pojednanie, w gabinecie roztrząsanie problemów wewnętrzno-zewnętrznych. Więc konfesjonał to w ogóle inna baśń.
Tak czy inaczej. Właśnie – kolejna refleksja, która ostatnio i od dawna mieszka blisko mnie – uczciwość! Zawsze uczciwość. Żeby nie motać i nie plątać. A jakie to trudne…
Zatem: żeby tak móc ten węzeł przeciąć jedneym cięciem.
Wszystkie węzły.
Czasami wydaje się, że odpowiedź jest prosta. Uśmiechnąć się, pogodzić – tyle tematu. I uczciwość, uczciwość. A z mojej twarzy nie spływa ponuryzm. Czasami jest bardziej pogięta (odpowiedź). Obcy ludzie. Wejście w nowe środowisko.
Tak, stanowczo to mój problem numer jeden.
[Mama idzie przez mieszkanie do pokoju. Gasi światło. Ciemność. Lęk. Ach, żeby anioł...]

Spokój, rozwiązanie problemu, zgoda… takimi wyrażeniami można rozkoszować się tylko po ciężkich rozterkach, napastującym problemie i kłótni. Rozkoszować się, cieszyć… tak naprawdę bez uzasadnienia. A potem znów martwić i chodzić z twarzą przy Ziemi. Taki los człowieka, niezależnie od warunków, w których przyszedł na świat i żyje. Chwile szczęścia są ścigane przez nieuchronne zmartwienie. Czasami tak nie-uchronne, że czego by się nie robiło – trzeba przecierpieć. I jeśli ten człowiek – ta postać na Boży obraz… będzie przez cały czas trwać w przekonaniu, że jest kochana i może każdą radość i zmartwienie odnieść do rzeczywistości niewidzialnej…
To co?
Co wtedy?
och, wtedy i tak niczego nie będzie rozumieć i będzie potykać się o niezrozumienie innych. I tak będzie musiała działać i do czegoś dążyć, wciąż nie ustawać w wysiłku, choćby był on pokonywaniem nudy! Wciąż „ale” - przeszkoda, bieda, strata, ból choćby fizyczny, lub właśnie brak bólu jakiegokolwiek i nijakość.
No, chyba że nie będzie tylko „odnosić do rzeczywistości niewidzialnej”, ale nią żyć, żyć życiem Bożym.
I co?
Co wtedy?
Żebym to ja wiedziała. Świat świętych pociąga mnie, a przecież boję się zaufać w pełni tak Bogu, jak i ludziom (a jednak wierzę, że On chce naszego zbawienia, więc szczęścia i nie stoi obok obojętnie – działa – to przez ludzi, to przez wydarzenia, to przez – swoją śmierć!).
A zdarzają się w życiu momenty nieporównywalne do niczego:
Mama była ostatnio w szpitalu. Na wielkiej sali były tylko dwie osoby: ona i staruszka, której ciężko było samodzielnie chodzić i która byla źle traktowana przez pielęgniarki i rodzinę – oba te środowiska bardziej lub mniej otwarcie czekały na jej śmierć. Ludzie, którzy się nią opiekowali nie chcieli nawet prowadzić jej do wc, każąc załatwiać się do kaczki, co nie jest ani trochę przyjemne. Pewnego razu wybrala się tam o własnych siłach, których prawie nie miała. (Mama nie mogła jej pomóc z powodu chorych nóg.)
Chwilami odpływała. Nie wiedziała, gdzie jest i krzyczała na mamę, że siedzi na łóżku zamiast jej pomóc, myśląc pewnie, że to pielęgniarka.
Mama, dopóki pozostawała w szpitalu, pilnowała, żeby nie robiono jej krzywdy. A w którymś momencie usiadła obok niej na łóżku i zaczęła głaskać jej rękę. Wtedy, jak się wyraziła „jakby anioł musnął jej twarz” – odprężyła się i rozpogodziła. Ręka była miękka i miła w dotyku, mimo wieku.
Potem mama na jakiś czas opuściła szpital, a gdy wróciła – starsza kobieta już nie żyła.
Wszyscy potrzebują miłości. Chciałabym kiedyś móc ją dać pacjentom. „Kiedyś”… mam kolegę, którego mama jest lekarką. Już po krótkich momentach kiedy widzę ich razem, dostrzegam między nimi gorące rodzinne uczucie. Jego mama ma tak dobre spojrzenie… takie rzeczy wynosi się z domu, wynosi się z duszy. Nie z postanowienia i nie z chwili wzruszenia.
A czasami ktoś szczególnie potrzebuje gestu, objęcia, słowa… (choć z drugiej strony – to bywa bardziej skomplikowane – wiem po sobie.) Żeby wtedy Bóg mógł działać przez drugiego człowieka… i przyjść do tego, który chce
Miłośći!

Kłótnia

Brak komentarzy

Pokłóciłam sie z mamą o coś głupiego. O mój ton głosu, gdy jestem radosna.

Czy to była troska? Czy troska ujawnia się przedrzeźnianiem i krzykiem? Jak można w ten sposób w kimkolwiekcoś zmienić? Jak można komuś brutalnie zmienić ton głosu?

Wiem, że to nie ta droga, bo próbowałam tak oduczyć Anię mlaskania i śpiewania. I to nie było z troski! Niestety.”Nie mlaskaj! Możesz nie śpiewać?”

A może jestem „winna” mamie szacunek mimo wszystko i powinnam wysłuchać wszystkiego pokornie? W końcu ona dała i daje mi żyć. To, co teraz piszę, choćby były to hymny na jej cześć, jest bez znaczenia, skoro nie mam zamiaru nic powiedzieć.

Mama uważa, że powinna zawsze mieć ostatnie słowo, że jestem bezczelna, gdy coś odpowiadam, kiedy ona uważa temat za skończony. Zobaczmy, jak to może wyglądać z boku:

- Zrozum, nie chcę cię jakoś obrażać, po prostu taki mam głos, gdy jestem z ludźmi, którym… myślałam, że ufam! Mogę przy tobie zawsze być zła.

- Ale to nie jest jakiś ton. To jest dziecinne! Masz osiemnaście lat.

- Jak uważasz…

I nie powinno być, powiedzmy „jak uważasz”, albo „aha”, albo „ok”. To właśnie cisza wydałaby mi się obraźliwa. Dlaczego pozbawia mnie ostatniego słowa, którym nawet przyznałabym jej rację? Przecież nawet w druku, w książce, wyglądałoby to dziwnie.

Czytając „dialog”, zauważyłam, że to kłótnia w pewnym sensie o nic. Tak mogłabym ją wtedy potraktować. Nie potraktowałam, bo mnie to dotyka, że mama chce mnie zmienić. Że uważa mnie za niewłaściwą i do poprawy. I że zmieniając się, uległabym właśnie temu krzykowi i przedrzeźnianiu. Gdzieś przeczytałam, że przekształcać można tylko miłością. Nie chcę się zmieniać wobec takich środków. To mi daje poczucie niezależności. Nie chcę, aby mama pomyślała, że krzykiem może cokolwiek osiągnąć, bo to by strasznie mnie zawstydzało.

Może jedyne „zło”, jakie by z tego wynikło, to byłby właśnie ten wstyd. Wątpię, aby to zachęciło mamę do dalszego naprawiania mnie krzykiem, raczej byłaby zadowolona, że mnie poprawiła… Dlatego może powinnam w końcu przyznać jej rację i wybrać aktywność (robienie czegoś, aby się zmienić) od bierności.

A teraz kwestia, czy rzeczywiście taki ton jest czymś złym. Nie potrafię tego osądzić. Myślę, że do zaakceptowania. Inna sprawa, też dziś delikatnie przez mamę poruszana, to fakt, że mówię cicho i niewyraźnie. Nie dam rady. Niemożliwe, abym powtarzała za nią, jak automat, głośne i wyraźne słowa. Chciałabym mówić inaczej, ale to, że ktoś mi to wykrzyczy, nie pomoże. Ale ją to drażni i nie może tego znieść.

Wracając do tonu dziecinnego, często wynika z tego, że nie jestem pewna, czy to, co mówię, jest na miejscu. I nie czuję się do końca dorosła.

Dobrze, że to napisałam. Często gdy coś napiszę, potem to mówię, a dzięki temu, że przelałam te myśli na komputer, zmusiłam je do zaistnienia. Czasami coś się staje oczywiste dopiero, gdy zostanie nazwane.

Dziecko

Nie potrafię spojrzeć na to wszystko z humorem, bo za bardzo niepokoi mnie to, że problem nie został rozwiązany.


  • RSS