perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: bog

Właśnie! Co, jeśli ucieknie?
Ale co ucieknie?
Myśl!
Nie ucieknie, już ją zapisałam na kartce, tylko nie rozwinęłam.
Rozwinę teraz.
Jest pewna osoba, z którą łączy mnie znajomość. Czemu o niej piszę? Bo to jest jej myśl, ale też moja, i też ogólna ogólna, tylko z inną preinterpretacją, pointerpretacją – z inną otoczką.
A myśl to taka, że jestem człowiekiem, jest Bóg. Mam „serce” (choć pewna inna osoba może w to wątpić). I w nim się gromadzą różne pragnienia. No, różne, różne. Od wygodnego leżakowania, po wieczną sławę, poprzez pragnienie bycia z kimś – z facetem. Różne lęki, o siebie, o innych się tam gromadzą. Potem – różne zachwyty i zniechęcenia, ale to mniej istotne (tak mi się wydaje). I właśnie to pragnienie związane z innymi jest szczególne – bo oni też takie mogą mieć, bo oni są „oni”, osobni, „historyczni” ludzie. Albo i koty. Bo kota bym chciała, a przecież i kot może mieć czasami chęć na głaskanie, czasem nie. O kota trzeba dbać. Nie można umrzeć i go zostawić.
Właśnie! Więc niezależnie od religii, którą można widzieć prosto lub krzywo, zależnie od Boga, który pewne pragnienie w nas włożył, stwarzając nas – oczywistym jest, że nie powinno się kogoś pragnąć dla siebie, swoich celów. Można razem z kimś coś tworzyć, do tego mamy prawo i zdolności. I ta abstrakcja wcale nie jest taka abstrakcyjna. W „Tajemniczym ogrodzie” chyba nawet jest o tym. Jak ta niemiła dziewczyna zaczęła uprawiać ogródek i się zmieniła.
Ludzie to nie bombonierki. Ludzie to więcej niż studia, które się wykorzystuje dla jakiegoś dobra (na przykład dla szpanu). Ludziom trzeba pozwolić odejść kiedy chcą.
Przecież można ich zatrzymać! Nawet, jeśli jest poczucie, że to korzyść dla obu stron (w co wątpię), nie można.

Gdzie grzech większy, tym obficiej wylewa się łaska…
My jesteśmy słabi, trzeba być jak dziecko, zaufać Chrystusowi…
Można wiedzieć wszystko i upaść.

Tak, po modlitwie uwielbienia u Dominikanów na Służewiu. Obok wszystkiego, co mnie gnębi, dotarło do mnie, że Credo jest prawdziwe, a skoro jest prawdziwe, to mimo wszystkiego co mnie gnębi, z mojej własnej zwykle winy, jeśli chcę nie wchodzić, lub raczej – nie schodzić w te gnębiące rzeczy, w lenistwo i inne przyjemne sprawy, jeśli chcę osiągnąć wiele, nie zatrzymywać się na prostym Harrym Potterze, to powinnam…

Powinnam naprawdę nie polegać na sobie, bo nie dam rady. Nigdy nie dawałam. Próby niech się opierają na powrotach. Na tym, że jestem od nowa przyjęta.

Miałam nie zostać na modlitwie uwielbienia, ale pewna miła Osoba z Oazy zawróciła mnie do kościoła. I cieszę się, że tak się stało. Bo to nie był stracony czas. I znów jestem po spowiedzi i Komunii. Znów wszystko od nowa.

A na takiej modlitwie, to ja czuję się trochę sztucznie i niepewnie: wokół ołtarza stoimy, część osób podnosi dłonie. Ale to przecież naturalne opory, myślę, że nie tylko moje własne, bo przecież prowadzący nazwał je w modlitwie. To normalne, że na co dzień raczej nieotwierając się emocjonalnie na ludzi, w takiej chwili też tego „od ręki” nie zrobię. Bo to nie tylko na Boga się wtedy otwieramy. Ale tutaj jest jednak trochę inaczej, bo widzę, jak ludzie mają w sobie radość i ufność. To naprawdę widać.
Osoby z Oazy już tak się przyzwyczaiły do „zasypiania w Duchu Świętym”, które odbywa się na ich oczach, że już sobie z tego żartują. A ja się cieszę, bo to taki namacalny dowód na to, że On jest.
:)

Mamy tylko jedno życie. Jest krótkie. Dobrze jest je dobrze przeżyć. Nie ma jednak jednej recepty. Każdy jest w innej sytuacji, a dochodzenie do zbawienia (zostawanie świętym) u każdego wyglądało inaczej. Jedni wychowywali się w bardzo pobożnych rodzinach, inni nagle doznawali olśnienia. Są z Polski, Niemiec, Włoch i Ameryki. A niektórzy zostali dawno zapomnieni i może byli w warunkach wręcz identycznych jak nasze (w moim przypadku to byłoby dość wygodne życie z możliwością wykształcenia, ale po różnych nieciekawych wydarzeniach, jak rozwód rodziców i własna wredność).

Jeśli młoda osoba wierzy w życie po śmierci, wierzy konkretnie w Chrystusa, powinna pomyśleć nad tym, co po Nim zostało. Chodzę do kościoła. Słucham kazań. Niektóre są „starej daty”. Inne naprawdę pomagają zrozumieć, o co chodzi w Ewangelii w związku z codziennością. To te, które poszły do przodu razem z przemysłem (;)) albo te, które zawsze będą aktualne.
Codziennie dokonuję nowych odkryć i codziennie robię różne, często te same błędy. Jak wyrwać się z tego koła? Nie da rady.
Oparciem w tym jest Kościół – mnóstwo, mnóstwo ludzi, którzy też mają swoje koła. Niektórzy są akurat bardziej „święci”, inni mniej. Obie grupy są wsparciem, dla obu sama mogę być wsparciem.
Czy Kościół naprawdę pomaga, czy towarzyszy? Nie, jeśli nie znajdzie się tam swojego miejsca. Może to być pokoik z ciszą, książkami (które napisał ktoś badziej uzdolniony ode mnie i Chrystus więcej mu objawił, może on więcej słuchał), a w niedziele z Eucharystią, może być grupa, która razem uwielbia Boga, cieszy się Jego miłością (w praktyce oczywiście nie zawsze jest to emocjonalnie wspaniałe, ale pomaga pozostać na drodze dobrego przeżywania życia).
Teraz dużą rolę w Kościele pełni Internet, jest tam wiele materiałów innych chrześcijan, którzy coś odkryli czy przeżyli w związku z Pismem Świętym i Bogiem.
Dlatego uważam, że obecnie można znaleźć w Kościele zarówno wsparcie i zrozumienie, jak i przykład. Nie warto zrażać się antyprzykładami.
A najważniejsze jest to, że w Kościele jest Chrystus (przychodzi realnie w czasie Mszy – jemy (jakkolwiek to brzmi) Jego Ciało), dzięki Niemu kara jaką powinniśmy dostać za różne nieciekawe ciemne sprawy, jest odwołana, jeśli tylko w to wierzymy.
Dzięki Bogu żyjemy i dzięki Niemu, w każdej sytuacji, możemy zacząć kochać.
Patrząc na sprawę w ten sposób, nieważne stają się wykroczenia nasze i innych. Chyba że można im zapobiec albo jakoś złagodzić konsekwencje.

Cofanie czasu

Brak komentarzy

Gdybym mogła cofnąć czas, mieć trzy lata i zachować odkrycia, pamięć, wszystko… i mieć pewność, że znowu będę dziewiętnastolatką, ale czas będzie już płynął zwyczajnie, przede wszystkim chciałabym zmienić relacje z innymi. Może mogłabym coś zrobić żeby nie było rozwodu. Ale bardzo zależałoby mi na takich zwykłych codziennych… miłościach. Chciałabym coś w tym zmienić, żeby miłości było więcej, żeby była! A wtedy nie poznałabym Magdaleny. To znaczy poznałabym ją, ale ona mnie nie. (Chociaż przecież i ona ma rodzinę w Olsztynie. Może mimo wszystko dałabym się skusić.) Dla niej może też tak byłoby lepiej.
Ale nie cofnę czasu. I nie wiem, jak długo jeszcze będę żyć. Jutro wsiadam do samochodu Pirata…
I… mam ciągle dziewiętnaście lat, chociaż myślą mogę cofać się wstecz. Mam dziewiętnaście, nie trzydzieści sześć. Mogę sobie pobiec do trzydziestu sześciu i zastanowić się, co bym zmieniła, gdybym mogła wrócić do dziewiętnastu. Ciekawe, co odkryję w tym wieku, jeśli dożyję.
Kiedyś tak chciałam być siedmiolatką, żeby już nie bać się potworów. I stało się. I pamiętałam, że chciałam. Cóż, że potem strach wrócił.
Może odkryję, że… nie wiem. Że… chcę umrzeć. Nie, że muszę żyć chwilą i że teraz trzeba mi być na sto procent.
I co zmieniłabym? Chciałabym być bardziej teraz. I więcej pewnie się uczyć. Nie, właśnie nie. Chciałabym być dobra dla mamy, gotować obiady… też właśnie nie. Chciałabym mieć dobre stosunki z nią i z innymi. I na pewno chciałabym… no tyle autorytetów to mówiło. Na pewno to prawda, ale sama jeszcze tego nie odkryłam. Że chciałabym słuchać Boga. A to takie zagmatwane. A przecież… wierzę. To znaczy – nie wiem, czy mogę w to wejść, jak i na ile.
Wszystko okrywa mgła. Codzienność i conocność są ciągle niepełne. Cieszę się, że istnieją sojusznicy, że…
patrzę na tytuły notek innych osób i mam dosyć tych wszystkich spraw: „Dziwny był wczorajszy j…”, „zakochać się, n…”  „Tkwię służbowo na konfe…”, „nocami płaczę może chlipi…”
Ostatni mnie zainteresował. Okazał się wierszem o płaczącym psie.
Poezja. Poezja ciągle pyta i odpowiada, i opowiada prawdy i piękna. Za mało. I za dużo.

:)
Dziś uczestniczyłam w zajęciach teatralnych. Ludzie są sobie coraz bliżsi, w końcu to już czwarte spotkanie.
Żeby nie zaplątać się w niepotrzebne wstępy – zachowywałam się beznadziejnie. Były improwizacje i kompletnie paskudnie mi poszło. Miałam grać wyluzowanego dresa dilera. Byłam ponura, przygarbiona, nieuprzejma, knująca, momentami wesoła z powodu jakiejś zarobkowej sprawy – no wczułam się w rolę. I jeszcze jakby naćpana.
Tyle że to nie było specjalnie!
No i ogólnie coraz bardziej zakładałam kostium i maskę osoby kompletnie nieogarniętej. No dobrze – zdejmowałam kostium i maskę osoby ogarniętej. Albo coś całkiem innego, bo raz jest tak, raz owak, ale teraz robi się beznadziejnie. Nie potrafiłam poprowadzić większości rozmów, a przyczepiałam się do rozmów innych. Siadałam jakoś z boku, mówiłam nie to, co powinnam, no – koszmar z ulicy Wiązów.
Przedtem w autobusie dostałam mandat za przeterminowanną kartę miejską. Jakaś uprzejma pani poradziła, aby poprosić na stronie ztm o ulgę. Podziękowałam, z nerwowym śmiechem. Nerwowym śmiechem, jeju. A jeszcze przedtem, w domu, straciłam mnóstwo czasu na naukę na jakieś bezwartościowe zajęcia i nie zrobiłam szpinaku dla Ani, i byłam zła, że ma pretensje. I odpisałam dziwną rzecz na maila od miłego znajomego. I rozmawiałam przez telefon nie tak, jak chciałam. Koszmar z ulicy Wiązów, robaki, robaki, A!
Majaczyły wspomnienia okropnych dni w szkole, okropnych dni w domu, okropnych dni na ulicy, w znaczeniu, między miejscem a miejscem, nie miejscem pobytu…
Wracałam z zajęć, tupiąc, tupiąc z całych sił.
:)
Szłam zakapturzona, zaczapkowana, beznadziejna, beznadziejna. Nagle jakiś chłopak mijając mnie cicho powiedział: „cześć”. Nie zdążyłam odpowiedzieć. Zobaczyłam go już małego, daleko. Nie mógł mnie chyba poznać, nie poznałam jego głosu.
I nagle, no ludzie, zwierzęta, trawy… nagle cały czas zmieniał się mój światopogląd!
Miłość to powołanie każdego z nas, jak wyczytałam dziś-wczoraj w nocy. Tak. Tak. A rozpacz-gniew-zawodzenie to jej przeciwieństwa. To ode mnie zależy, czy im się poddam, czy będę wierzyć i walczyć, ale nie walczyć sama. O nie. Właśnie to jest trudne, właśnie nie jest łatwo. Właśnie…
Ale są doświadczenia. Tylko że za każdym razem przekonuję się, że mogłam zrobić inaczej, lepiej, sekundę po wydarzeniu. Uczę się bardzo opornie. Czasami się udaje.
I o to chodzi!
Bóg jest Celem, Źródłem. Bóg – Miłość. Mogę mimo wszystkich moich błędów uśmiechać się.
Uśmiechać się. O.
I idę do psychologa. I raczej mimo wszystko zrezygnuję z tego teatru. To nie będzie ucieczka. To będzie zostawienie ich w pokoju.
A na rekolekcjach w milczeniu Szkoły Kontaktu z Bogiem mój kierownik duchowy powiedział, że mogłabym poszukać stałego spowiednika. I tak zrobię. Jutro, jutro. Musi się udać.
Pakuję bochen chleba, flaszkę wody i harmonijkę ustną. Zawijam w kocyk, wieszam na kijku i ruszam w świat. Nieee, jadę autobusem na Świętojańską – tam są oni. Jezuici


Nie jestem jego wielbicielką. Tylko że no… śmieszny ;)

Bylam na rekolekcjach oazowych, gdzie dowiedzialam sie o czterech prawach zycia duchowego (http://www.rnz.org.pl/index/?id=fa7cdfad1a5aaf8370ebeda47a1ff1c3), oparte na nauce Kosciola, te najwazniejsze. Okazuje sie, ze poprzednia notka pokrywa sie z pierwszym z nich – „Bog Cie kocha i ma dla Ciebie wspanialy plan”. I teraz pomyslalam – wlasnie, drugie prawo, to ze czlowiek jest grzeszny. No i to wlasnie przeszkadza uczestniczyc w tej milosci… Jak jakas gra komputerowa :P
No i wlasnie – wlasnie trzecie prawo. To tutaj pojawiaja sie komplikacje. Tutaj juz potrzebna jest wiara, ale nie jakas, ale chrzescijanska (łac. Christianitas). Ze ten grzech moze byc „zgladzony” tylko przez Chrystusa. I czwarte, ze musimy go przyjac jak osobistego Pana i Zbawiciela. Brzmi jak osobistego ochroniarza, ale chodzi o to, ze…
Nie! Nie bede wychodzic od tych praw. Nie bede z gory uznawac ich za dobre. Chodzi mi o to, ze nie wszyscy znaja Chrystusa. Chodzi o nieuchwytne. Wiem, ze wiara jest darem. I co dalej? czekac, az Chrystus wejdzie do mojego zycia? Czy to nie jest rownoznaczne z zyciem miloscia? Nie. Bo wiem, kto za mnie umarl. Bog jest… Osoba. Jest tez czlowiekiem… byl nim. Jak… my. On tez zyl w terazniejszosci, zyjac juz wiecznoscia. I zyl w milosci, ale zwracal sie do Boga. Boga, ktorym byl. Pomocy. Ale jednak Bog byl jakby poza Nim. A byl w Nim.
A Stary Testament? Tam Bog jest po prostu… Bogiem. Takim wlasnie osobnym, ktory zawiera tylko z ludzmi Przymierza. Czyli ze co? Czyli ze wtedy chodzilo o cos innego? Watpie, zeby ludzie zastanawiali sie, czy Bog jest w nich. Pragneli tylko, aby byl WSROD nich. Bo wtedy mogli pokonac wrogow, odnalezc swoj kraj… i nie widzieli Go, o nie. Wierzyli. A inni nie wierzyli. No ale to wtedy Przykazania… (mam tak mala wiedze, ze lepiej sie nie wypowiadac o ST, taka czastkowa, no ale trudno.), zasady jak postepowac, zeby… kochac Boga i innych, zeby osagnac szczescie.
Osiagnac szczescie… czy nie o to chodzi w innych religiach?
A ja nie czuje tak naprawde w sobie ani zachety do zycia miloscia, ani zachety do wiary. I co? Czuje tylko… codziennosc. Tyle ze na niej sie nie skonczy. Wiadomo, chce byc szczesliwa. Wiem, ze aby to sie stalo, musze wyzwolic sie z roznych przyzwyczajen i zajac se tym, co lubie. Ze nie moge dac sie wykorzystywac przez innych. Ze musze miec wokol siebie porzadek. Ze nie moge pozwolic, aby ktos decydowal za mnie o moim zyciu (I tu na przyklad sobie nie radze. W poprzednich przypadkach tez nie, ale to mniej boli. I tu wlasnie zaczynam potrzebowac Boga…). Musze konczyc, siostra zmierza w  kierunku swojego pokoju.

Peloha

Brak komentarzy

Przeczytalam ksiazke „Peloha” – zapis slow Mary Earle – kobiety, ktora namawia, aby zyc swiadomie, uwazajac sie za „przypominacza”. Przekonuje do wyzwalania z leku i do milosci dla calego swiata. Podchodzi do ludzi i natury od srodka, pragnie widziec w nich to, co jest takze w niej samej, pragnie byc ze wszystkim jednoscia.
Patrze teraz na siebie jakby troche z boku. Gdy robie znak Krzyza, zastanawiam sie nad nim – oznacza on, ze modle sie w imie Tego, w ktorego wierze. W kogo wierze? W… Boga. W jakiego Boga? Tego, ktory pragnal swiata i mnie. Jak to? Osacza mnie to, co niepotrzebne i nie potrafie poczuc Tajemnicy. A moze wszystko jest potrzebne, tylko nie potrafie z tego korzystac.
No tak. Wiec istnieję. Po co? Zeby uczestniczyc? W czym? W zyciu swiata?
Po co jestem na Ziemi? Krotki okres przed wiecznoscia… aby… proba? A moze ten okres jest wlasnie bardzo wazny? Moze wiecznosc i terazniejszosc… wiem malo, jest mi trudno, doswiadczam smutku po spotkaniu czlowieka, moge duzo, ale tylko w granicach tego swiata. Po co?
Istnieję. I bede istniec. Teraz i potem. To teraz jest tak wazne jak to potem, wiec istnieje teraz i bede istniec potem z tego samego powodu. Zeby… uczestniczyc w tej milosci, dzieki ktorej jestem? Teraz jest wiecznosc i nieskonczonosc.
Ha! Milosci… jestesmy w domu. Ciagle to samo. Bog nas stworzyl, wiec przede wszystkim do Niego powinna sie kierowac, bo to z niego wyszlismy… jakby… dlatego tez rodzice, rodzina. Potem osoba, potem rodzina, nowa. I wszyscy sa jednoscia, bo wszyscy sa z tej Milosci, wiec kochac wszystkich, bo… kochac Boga, bo uczestniczyc w milosci. Placze.
Boze…

Chyba nie… chyba zwierzęta są po prostu: dobre. (Chociaż trudno cokolwiek mówić na pewno.) To pierwsi ludzie zgrzeszyli i to ludzie mogą wykazać się „cnotą” i „występkiem”.
A cnota, uczciwość na przykład, może sprzeciwić się wielu przeszkodom na drodze człowieka. Lenistwu się może sprzeciwić. Kradzieży.
Więc jest tym, co jest KONKRETEM, który bez żadnego „lecz” stoi po stronie dobra postaci stworzonej na Boży obraz.
Oto poszukiwany konkret (szukałam konkretu). Ciekawe, czy są jakieś jeszcze.
Owszem,
Miłość, która chce tylko dobra. Bóg, który chce tylko dobra.
Więc mamy: Boga, miłość i cnotę. Coś jeszcze?
Siedzę i myślę już może… minutę (!!!), ale chyba się poddam – na rzecz łóżka…

Dodam może tylko, że skoro KONKRETY są za naszym dobrem… warto nimi żyć. Jak? Po prostu.
Zacząć i nie przestawać. Oczywiście, że przyjdą komplikacje. Pozdrawiam!

Spokój, rozwiązanie problemu, zgoda… takimi wyrażeniami można rozkoszować się tylko po ciężkich rozterkach, napastującym problemie i kłótni. Rozkoszować się, cieszyć… tak naprawdę bez uzasadnienia. A potem znów martwić i chodzić z twarzą przy Ziemi. Taki los człowieka, niezależnie od warunków, w których przyszedł na świat i żyje. Chwile szczęścia są ścigane przez nieuchronne zmartwienie. Czasami tak nie-uchronne, że czego by się nie robiło – trzeba przecierpieć. I jeśli ten człowiek – ta postać na Boży obraz… będzie przez cały czas trwać w przekonaniu, że jest kochana i może każdą radość i zmartwienie odnieść do rzeczywistości niewidzialnej…
To co?
Co wtedy?
och, wtedy i tak niczego nie będzie rozumieć i będzie potykać się o niezrozumienie innych. I tak będzie musiała działać i do czegoś dążyć, wciąż nie ustawać w wysiłku, choćby był on pokonywaniem nudy! Wciąż „ale” - przeszkoda, bieda, strata, ból choćby fizyczny, lub właśnie brak bólu jakiegokolwiek i nijakość.
No, chyba że nie będzie tylko „odnosić do rzeczywistości niewidzialnej”, ale nią żyć, żyć życiem Bożym.
I co?
Co wtedy?
Żebym to ja wiedziała. Świat świętych pociąga mnie, a przecież boję się zaufać w pełni tak Bogu, jak i ludziom (a jednak wierzę, że On chce naszego zbawienia, więc szczęścia i nie stoi obok obojętnie – działa – to przez ludzi, to przez wydarzenia, to przez – swoją śmierć!).
A zdarzają się w życiu momenty nieporównywalne do niczego:
Mama była ostatnio w szpitalu. Na wielkiej sali były tylko dwie osoby: ona i staruszka, której ciężko było samodzielnie chodzić i która byla źle traktowana przez pielęgniarki i rodzinę – oba te środowiska bardziej lub mniej otwarcie czekały na jej śmierć. Ludzie, którzy się nią opiekowali nie chcieli nawet prowadzić jej do wc, każąc załatwiać się do kaczki, co nie jest ani trochę przyjemne. Pewnego razu wybrala się tam o własnych siłach, których prawie nie miała. (Mama nie mogła jej pomóc z powodu chorych nóg.)
Chwilami odpływała. Nie wiedziała, gdzie jest i krzyczała na mamę, że siedzi na łóżku zamiast jej pomóc, myśląc pewnie, że to pielęgniarka.
Mama, dopóki pozostawała w szpitalu, pilnowała, żeby nie robiono jej krzywdy. A w którymś momencie usiadła obok niej na łóżku i zaczęła głaskać jej rękę. Wtedy, jak się wyraziła „jakby anioł musnął jej twarz” – odprężyła się i rozpogodziła. Ręka była miękka i miła w dotyku, mimo wieku.
Potem mama na jakiś czas opuściła szpital, a gdy wróciła – starsza kobieta już nie żyła.
Wszyscy potrzebują miłości. Chciałabym kiedyś móc ją dać pacjentom. „Kiedyś”… mam kolegę, którego mama jest lekarką. Już po krótkich momentach kiedy widzę ich razem, dostrzegam między nimi gorące rodzinne uczucie. Jego mama ma tak dobre spojrzenie… takie rzeczy wynosi się z domu, wynosi się z duszy. Nie z postanowienia i nie z chwili wzruszenia.
A czasami ktoś szczególnie potrzebuje gestu, objęcia, słowa… (choć z drugiej strony – to bywa bardziej skomplikowane – wiem po sobie.) Żeby wtedy Bóg mógł działać przez drugiego człowieka… i przyjść do tego, który chce
Miłośći!

Nie?

No dobrze, mijają. Ale jakieś niecodzienne i nieconocne. Brutalnie Wam napiszę:
Świat! Życie! Jakieś wstawanie, jakieś śpiewanie i granie, sprzątanie jakieś i rozmowy jakoweś. Niezadowolenie słuszne, zadowolnienie niesłuszne (z siebie) i coś jak tęsknota i jakby ciągota. Do kogo? Do czego? Już nie wiadomo…
A tu: Ewangelia:
Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili
Jeśli jestem chrześcijanką, jeśli chcę wierzyć, jeśli wierzę, jeśli chcę kochać… czy… mam to wziąć do siebie?
Co powinnam zrobić? Jak wyrwać się, oderwać od niekonieczności? Jak skupić się na tem, co darem miłości?

  • RSS