perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

2 komentarzy

Wracając z uczelni, szalałam kilkoma autobusami, a potem wysiadłam tak, żeby spokojnie przejść przez całe osiedle. Mieszkam tu, a tak, jakbym nie mieszkała. Szłam, szłam ścieżynkami asfaltowymi i chodnikami międzytrawnymi. Szłam i szłam. I cieszyłam się. Spomiędzy gałęzi ptak śpiewał wzruszająco, radośnie. Żadne liście nie przeszkadzały i zobaczyłam… chyba rudzika, przynajmniej tę nazwę usłyszałam w głowie. Nie zwróciłabym może uwagi na to, ile uroku jest w blokach i drzewach, gdyby nie śnieg. Pokrył wszystko, jasny, biały, świeży. Zwierzęta były na nim tak niewinne… małe czarne kawki, dwa gawrony, które nie umiały się pocałować, ale próbowały, wróbelki skaczące po schodach i gałęziach. I dwa malutkie yorki, jeden z zieloną, drugi różową obrożą.

A potem zobaczyłam małego chłopca z wielkim tornistrem, który wytrwale deptał nierówności śnieżne i pomyślałam, że on cieszy się śniegiem samym w sobie, przypomniałam sobie, co to za szczególne rozkosz, nadepnąć na biały pagórek, który rozchodzi się pod butem, śliski, chrząski, skrzypiący lub właśnie jedwabisty.

I pomyślałam, że śnieg i gawrony to właśnie szczęście. Jakieś szczęście, nie wiem jakie, może wystarczające na chwilę, a może w każdej chwili, jako wdzięczność…

Od pierwszych klas podstawówki zarzucano mi wypowiadanie się nie na temat. Kiedyś mama przyszła do domu po rozmowie z wychowawczynią i powiedziała, że pani pyta, powiedzmy, ile jest pięć dodać trzy, a ja się zgłaszam i opowiadam o królewnie Śnieżce. Wtedy to mnie śmieszyło. Teraz zaczęło martwić. Dlatego ten wpis będzie od góry do dołu na temat. Ach, inna sprawa, że zupełnie go nie przemyślałam, tylko pojawiła mi się w głowie myśl przewodnia. Może stąd chaotyczne wypowiedzi? Okej, więc najpierw pomyślę, co chcę przekazać.

Pomyślałam i uznałam, że to niewarte zapisywania jako zbyt amerykańskie. Miłego dnia!

Jedno jest pewne – człowiek jest w stanie zarówno wierzyć gorąco w „sens dziejów” – swoich i świata, jak i zupełnie odrzucać wszelki sens; zarówno zdawać się na niepoznaną „Siłę Wyższą”, głębszą, niebędącą tylko cieniem, a prawdziwą, pełną, doskonałą, bez niedomówień, niekoniecznie cielesną (stąd nasze pragnienie szczerości, autentyczności u innych) ISTOTĘ, z drugiej żywić przekonanie, że wszystko zależy tylko od niego – od człowieka – i od innych takich jak on ludzi, także od natury, którą coraz lepiej rozumie – bez głębszych ukrytych sensów – wszystko jest na tacy – wady i zalety, nieszczęścia i wspaniałe momenty.
Skoro w „obu obozach” są tak silne jednostki, jak… no kurczę, jak zwykle brak wiedzy na zawołanie… jak… no nie, porażka. (Autorka wpisu, spalona ze wstydu, postanawia uważniej i częściej studiować literaturę i filozofię, i zostawić na razie czcze refleksje. Tylko poda wnioski, zastrzegając brak właściwych perspektyw…)
Skoro siły wierzące i niewierzące się równoważą, musi to oznaczać prawdę pośrodku, choćby dlatego, że obie skrajności istnieją. Czyli że zarówno rola człowieka, jak i rola „Niewidzialnego” jest ważna. Obie skrajności są sobie potrzebne i sobie pomocne, żeby nie wpaść w żadną z nich… bo człowiek nie jest „Niewidzialnym” – bo musi działać w tym, w czym jest – w świecie, w ciele, z rozumem… Musi działać… (Inna sprawa to – jak, bo są osobowości, które mają bardzo wyraźnie zaznaczone w sobie lenistwo i birerność, marzycielskość, wycofywanie się… dla nich sam fakt działania jest chyba rozwojem. Dobrze byłoby przekuć to niepomagające w coś pomagającego – połączyć skłonność do refleksji i bierności z czymś, co je zaprząże do pracy! Dziś na Nauce o literaturze, na ostatnich zajęciach, pani profesor błagała – nie spędzajcie młodości w bibliotece! Bo potem wyrastają tacy badacze, którzy nie wiedzą, o czym piszą. Ale dla tych biernych leniwych osobowości, które lubią się „uwalić” i czytać, praca w bliotece, chociaż w PEWNYM sensie bierna, byłaby przynajmniej PRACĄ.)
Tak czy inaczej, ja wierzę w coś konkretnego. I zauważyłam, że na tę wiarę można patrzeć bardzo skrajnie, ale tylko pozornie – czyli wybierać sobie fragmencik, który pozwala na „uwalenie się” na łóżku (póki powódź nie wygoni) – i czekanie… nie o taką wiarę walczyli nasi przodkowie…!

Jedno jest pewne – człowiek jest w stanie zarówno wierzyć gorąco w „sens dziejów” – swoich i świata, jak i zupełnie odrzucać wszelki sens; zarówno zdawać się na niepoznaną „Siłę Wyższą”, głębszą, niebędącą tylko cieniem, a prawdziwą, pełną, doskonałą, bez niedomówień, niekoniecznie cielesną (stąd nasze pragnienie szczerości, autentyczności u innych) ISTOTĘ, z drugiej żywić przekonanie, że wszystko zależy tylko od niego – od człowieka – i od innych takich jak on ludzi, także od natury, którą coraz lepiej rozumie – bez głębszych ukrytych sensów – wszystko jest na tacy – wady i zalety, nieszczęścia i wspaniałe momenty.

Skoro w „obu obozach” są tak silne jednostki, jak… no kurczę, jak zwykle brak wiedzy na zawołanie… jak… no nie, porażka. (Autorka wpisu, spalona ze wstydu, postanawia uważniej i częściej studiować literaturę i filozofię, i zostawić na razie czcze refleksje. Tylko poda wnioski, zastrzegając brak właściwych perspektyw…) Skoro siły wierzące i niewierzące się równoważą, musi to oznaczać prawdę pośrodku, choćby dlatego, że obie skrajności istnieją.

Czyli że zarówno rola człowieka, jak i rola „Niewidzialnego” jest ważna. Obie skrajności są sobie potrzebne i sobie pomocne, żeby nie wpaść w żadną z nich… bo człowiek nie jest „Niewidzialnym” – bo musi działać w tym, w czym jest – w świecie, w ciele, z rozumem… Musi działać… (Inna sprawa to – jak, bo są osobowości, które mają bardzo wyraźnie zaznaczone w sobie lenistwo i bierność, marzycielskość, wycofywanie się… dla nich sam fakt działania jest chyba rozwojem. Dobrze byłoby przekuć to niepomagające w coś pomagającego – połączyć skłonność do refleksji i bierności z czymś, co je zaprzęże do pracy! Dziś na Nauce o literaturze, na ostatnich zajęciach, pani profesor błagała – nie spędzajcie młodości w bibliotece! Bo potem wyrastają tacy badacze, którzy nie wiedzą, o czym piszą! Ale dla tych biernych leniwych osobowości, które lubią się „uwalić” i czytać, praca w bibliotece, chociaż w PEWNYM sensie bierna, byłaby przynajmniej PRACĄ.)

Tak czy inaczej, ja wierzę w coś konkretnego. I zauważyłam, że na tę wiarę można patrzeć bardzo skrajnie, ale tylko pozornie – czyli wybierać sobie fragmencik, który pozwala na „uwalenie się” na łóżku (póki powódź nie wygoni) – i czekanie… nie o taką wiarę walczyli nasi przodkowie…!

…włączamy Facebooka.

 

Cztery tory

Brak komentarzy

To była kolejna sytuacja, w której nie działałam sama. Kto był partnerem? Nie wiem. Jego ręką było moje przeczucie.

Zrobiłam sobie dwa warkocze i posadziłam na nich czapkę. Wyglądałam niewinniej i młodziej niż zwykle, zwłaszcza że nie pomyślałam nawet o makijażu. Czapka zasłoniła wybrzuszenia przy brwiach, które świadczą o skłonnościach do negatywnych emocji i bardzo mnie martwią. Wsiadłam na rower i poczułam fizyczną ulgę, gdy zmartwienia zostały z tyłu. Miałam zamiar pojechać nad Wisłę, usiąść na powalonym pniu i czytać wiersze. Takie romantyczne sposoby na pustkę.

Ale ręka chciała inaczej. Czułam, że muszę jechać w przeciwnym kierunku. Nie przyjęłam tego z entuzjazmem, bo droga, obok której znajdowała się ścieżka rowerowa, była tak głośna, że nigdy nie jechałam nią długo, skręcając przy pierwszej okazji. Tym razem jednak byłam ciekawa. I szybka. Dojechałam do skromnej sieci betonowych tunelów. Przejechałam przez jeden z nich i zobaczyłam, że mam do wyboru trzy czy cztery kolejne, zupełnie równorzędne. Od początku wiedziałam, przez który mam przejechać.

Tak trafiłam do torów kolejowych. Nie miałam najmniejszego pojęcia, że są tak blisko! W pewnej odległości od nich siedziała kobieta, krzycząca co i raz ten sam wyraz, którego nie rozumiałam. Pomyślałam, że to dziwne miejsce. Przekroczyłam tory, schodząc przedtem z roweru, żeby nie skakać na koleinach. Zatrzymałam się na odpoczynek i doładowanie sobie konta komórkowego.

Wtedy, jak w horrorze, zobaczyłam jak krzycząca kobieta, zataczając się, powoli przekracza tory. Była szczupła, niska, miała krótkie włosy i olbrzymią dziurawą reklamówkę z tylko jedną chyba butelką. Makijaż jej się rozmazał – spłynął z oczu dwoma kreskami. Spodnie z tyłu były całkiem mokre. Wciąż krzyczała to samo słowo. Teraz już rozpoznałam w nim wulgaryzm. Poza tym zaczepiała mijanych ludzi, prosząc o coś niewyraźnie. Szła szybko jak na osobę, która niedawno wyglądała, jakby nie mogła się ruszyć. Wiedziałam, dokąd idzie. Miałam ochotę uciec, ale czułam nieracjonalną pewność, że i tak mnie dogoni! Już zakładałam plecak, postanawiając odpocząć gdzie indziej, ale zmieniłam zdanie, gdy była może dziesięć kroków ode mnie. Chyba nie chciałam okazać się tchórzliwa. To przez kronikę Galla Anonima. Szlachetni ludzie nigdy nie uciekali…

Zrobiła sobie przystanek przy moim rowerze. Rozsiadła się na trawie i mówiła coś do mnie. Czułam, żeby nie patrzeć jej w oczy. Zamknęłam swoje i modliłam się o rozsądek. Wciąż trzymałam w ręku komórkę. Wreszcie postanowiłam wezwać pogotowie. Nie wiem czemu. Chyba dlatego, że czytałam akurat „Lot nad kukułczym gniazdem” i wmówiłam sobie, że ta kobieta jest chora psychicznie. Poza tym w mokrych spodniach musiało być jej bardzo zimno – jesień…

Zdziwiłam się, że wszystko poszło tak łatwo. Musiałam tylko czekać, aż przyjadą.

Tylko czekać…

  • Umieram…

„Nie patrz na nią.” Wiedziałam, że nie muszę o nic pytać i niczego się bać. Jakaś kobieta przeszła obok mówiąc, że siedząca jest też chora na epilepsję i żebym powiedziała to pogotowiu. Ktoś jeszcze przystanął i rzucił, że zawsze tu chodzi. Przeszła pani z wózkiem, która mogłaby być wzorem do naśladowania w jakimś małym dziewiętnastowiecznym miasteczku, siwa i uprzejma, mająca w oczach siłę dobroci. W wózku spało malutkie śliczne dziecko. Powtórzyła informację, że „ta kobieta” pojawia się tu często, a dziś chodzi przy dworcu przynajmniej dwie godziny. Zaczęła ze mną pogawędkę. Musiałam wyglądać tak jak się czułam – czyli bezradnie – bo powiedziała, że może ze mną zaczekać.

  • Nie chcę pani zatrzymywać…

  • Nie, nie… wie pani… to pięknie, że pani zadzwoniła po karetkę, ale wydaje mi się, że mogą jej po prostu nie wziąć. Myślę, że teraz karetka może być potrzebna bardziej gdzie indziej, ale już trudno. Poczekam, żeby nie miała pani problemów. Dopóki mała śpi…

Spojrzałyśmy na wózek. Dziecko otworzyło wspaniałe niebieskie oczy.

  • … albo prawie śpi i nie dopomina się o jedzenie, nie musimy jechać do domu. No co, maleńka? Nie ma na co patrzeć, prawda? Niektórzy na własne życzenie doprowadzają się do takiego stanu…

Siedząca na trawie kobieta musiała być bardziej świadoma niż wyglądała:

  • Jaktonawasneżyenie? Ja… ocham mamę… tatę…
  • No tak – odpowiedziała zdecydowanie jasna pani – i to żeby kobieta… znajomy leżał tak upity dzień w dzień… aż pies na niego nasikał. Dopiero wtedy zapisał się sam na leczenie…

Szalona kobieta zaśmiała się krótko i beztrosko. Pani z wózkiem popatrzyła na nią z naganą.

  • Pani też powinna iść na leczenie w zamknięciu. Nie ma tu innego wyjścia.

  • Nie… o nie!

Zaczęła podnosić się. Przestraszyłam się, że odejdzie i będę musiała znów dzwonić na karetkę. Ale ona tylko wyciągnęła w moją stronę drżącą rękę:

  • Daj mi… daj mi…

Trzęsła ręką coraz mocniej. Ale nie bałam się. Jeśli miała w sobie coś z nędzy, było to pogodne. Nie była zgorzkniała. Nie musiałam się jej bać.

  • Daj mi… proszek.

Spomiędzy pomarszczonych powiek z resztą makijażu wyglądały jasnozielone oczy. Przewróciła się z powrotem do pozycji półleżącej, zapatrzyła w dal i jęknęła z prostotą:

  • Ja nie mam… z kim… porozmawiać.

Zrobiło mi się okropnie przykro. Ale nie potrafiłam zdobyć się na żadne słowo.

  • I dlatego pani pije? - spytała pani z wózkiem

  • Nie…

Zaczęła wstawać, trzymając się mojego roweru. Złapałam go, żeby się nie przewrócił. Odeszła w stronę torów. Postanowiłyśmy – miła pani i ja – czekać na karetkę i powiedzieć, gdzie jest uciekinierka.

  • Daleko nie pójdzie. O, przewróciła się – komentowała kobieta – największym zagrożeniem jest dla kolei… jak wpadnie pod pociąg…

Zapadła cisza. Zaczęłam żałować, że wezwałam karetkę. W tym momencie podeszła do nas jakaś jasnowłosa kobieta. Była dość tęga, a w twarzy miała przede wszystkim pokorę. Trzymała w ręku modlitwę do Matki Bożej, przyciskała ją do piersi. Patrzyłam na nią, ze względu na panią z wózkiem czując się zwolniona z obowiązku reakcji, i starając się dociec, co to za człowiek.

  • Może panie będą miały chwilę?

Mówiła szybko, zauważyłam jeden pożółkły ząb, ale twarz z czasem wydawała mi się coraz bardziej sympatyczna, szczera i niesamowicie już pokorna.

  • Ja muszę powiedzieć, że wygląda, że jest wszystko dobrze, ale w moim życiu było mnóstwo grzechów…

Milczałyśmy. Patrzyłam na nową towarzyszkę.

  • Ja… w dzieciństwie…

I zaczęła wymieniać, jeden po drugim, swoje grzechy, nie opisując szczegółów, a tylko wymieniając prędko rodzaje.

  • Ale… – przerwała niezawodna pani z wózkiem – dlaczego pani to robi? Tak się otwierać przed obcymi… ja nie wiem, czy to dobrze.

  • To jest moja pokuta…

  • Ale my nie możemy pani pomóc. Proszę iść do spowiedzi… może pani pomóc tylko Kościół.

  • Byłam już u spowiedzi… tak… i mam pokutę – i zamilkła, jakby zawstydzona.

Zauważyłyśmy karetkę.

  • Przepraszam, wezwałyśmy tą karetkę – powiedziała pani i skierowała wózek w stronę ambulansu.

Jasnowłosa kobieta uśmiechnęła się ze zrozumieniem.

Z samochodu wysiadł ratownik. Zaczęłam wyjaśniać, co się stało, kiedy pani z wózkiem powiedziała, że ona wszystko powie. I powiedziała wszystko, na koniec tylko zdążyłam dodać, że „poszkodowana” podobno ma epilepsję.

Zza ogrodzenia torów patrzyłyśmy, jak dwaj ratownicy, a potem jeszcze dwóch mężczyzn ze straży miejskiej stoją nad biedną i mówią coś do niej. Poczułam się jak zdrajczyni, widząc tak okrążoną wariatkę, która chciała tylko…

Pożegnałyśmy się życzliwie – pani z wózkiem i ja. Odjechałam. Minęłam kobietę z modlitwą do Maryi. Uśmiechnęła się do mnie sympatycznie.

 

Grubasek

Brak komentarzy

- Grubasek pozbywa się złudzeń… niech lepiej pozbędzie się tłuszczu! Otwiera się jego nowa droga życia… lepsza byłaby odchudzania! Czeka na lepsze i nowe… niech czeka na mniejszą liczbę na wadze! Zazdrości kobiecie ulotności ducha… niech zazdrości ulotności ciała!
Owszem, to wszystko i tak będzie na pierwszym planie, ale niech w takim razie zepchnie z widoku te wszystkie słodycze i pokocha marchew!
- Ale co mam teraz robić?
- Mniej jeść.
- To tego mam nie robić, ale co robić?
- Ćwiczyć. Możesz też zająć się wreszcie na poważnie pracą. Och, nawet musisz, zaraz rok akademicki… a teraz wyjazd do Grudziądza. No i dom ciągle nie jest wystarczająco czysty.
- To wszystko prawda, ale ja…
- Lepiej ulica.
- Ech.

Szczupak(szczupak)

Ba!

1 komentarz

Jestem dziewiętnastolatką. Nie wiem, czy to już dużo, bo czas od dawna płynie podobnie. Obejrzałam dzisiaj „Amelię”. Dręczy mnie poczucie niemożności zrozumienia ludzi, którzy siedzą obok mnie w autobusie i zerkają, albo rówieśników, którzy, kiedy nie dosłyszą, po prostu nie zwracają uwagi. Oni pewnie też nie rozumieją i dlatego zerkają i udają, że nie słyszą.
Obejrzałam dzisiaj „Amelię”… Śledzę z równym zainteresowaniem swoje emocje i scenki, które rozgrywają się w autobusach i miejscach z rówieśnikami. Próba sektaklu, który nigdy się nie odbędzie… Amelia robiła tak, jakby była pewna, że wszystko zamyka się między tobą a mną. Że jedynym złem jest twoja krzywda (na przykład poczucie odarcia z godności małą literą w słowie „tobie”, ale to jesteś „ty” abstrakcyjny).
A co tam może się zamknąć, między tobą a mną? Dziewiędździesiąt dziewięć spraw. Twój egzamin, moja ochota na bułkę, twoje smutne kanarki i mój bałagan w pokoju, twoi rodzice i dziadkowie i moje wspomnienie czarnych oczu (ach, te!), twój wczesny obiad i moje letnie huśtawki, twój ból głowy i mój ból stopy, twój pogrzeb w rodzinie i moje zwiędłe tulipany, twoja nadzieja na lepsze i moja prawie-że-rozpacz, twoja zepsuta drukarka i mój zepsuty skaner, twoja potrzeba pocieszenia i moja potrzeba pocieszenia, twoje chore koty i moja załamana siostra, twoja filiżanka z koniczyną i moje pieniądze na jasne sekundy, twój wujek i mój syn ze snu, twoje spojrzenie i moje powieki, twoje powieki i moje powieki, twoje spojrzenie i moje spojrzenie, twoje łzy i moje westchnięcie, twoja golarka i moja zielona gąbka, twój śmieszny śmiech i mój pajacyk, ten na huśtawce, twój zasuszony liść klonu i mój bezcelowy spacer, twój koncert i mój film o czarnowłosej dziewczynie, twoje zmęczenie i mój uśmiech do nikogo, pewnie do siebie, twoje nieskończone opowiadanie o dziewczynce, która nie rozumiała ludzi w autobusach ani rówieśników i moje myśli, które błądzą po manowcach, twoje pomysły, rodzące się już bezpłodne i mój szybki dzień, podobny do powieści idioty, twoje zaangażowanie w budowę domu mrówek i moje odrętwienie pod wieczór, twoje biegi długodystansowe i moje pływanie w długach wdzięczności, twoja zabawna niespodzianka i moja niespodziewana porażka, twój lęk przed klęską i moja radość z wygranej jeszcze godziny, twój krzyżyk na kratce i moje kółko ratunkowe, twoja biała cerata z przedszkola i mój przed-szkolny stres, twój żart niewart uśmiechu i moje zawstydzenie, gdy obudziłam się goniąc gołębia, twoja posrebrzana lira i moje chimery i nosorożce, twoja galeria brzydkich obrazów i mój spektakl, z którego nie chciałam wyjść (a za drzwiami było jasno, tylko deszcz padał), twoje imieniny i mój wypadek rowerowy, twoje ulubione melodie katarynek, które nigdy nie istniały i moja pozytywnka, która nigdy nie działała, twoje poetyckie kicze i mój podskakujący nagle mięsień sercowy, kiedy oczy dostrzegły przychodzącego smsa, twoja zimna kawa, którą wylewasz do zlewu razem z fusami i moje króliki, twoje wszystkie zegary i mój głupi budzik, twoje zniechęcenie, nuda, gnuśność i mój wschód słońca, kiedy dopiero wschodzą ruch i hałas, twoja bezssenność i moja bezsercość, twoja krzywda i moja krzywa noga, twoje okulary przeciw Słońcu i moje obserwacje astronomiczne, twoja codzienność i moja pomocność, twoje śmieci i moje grzechy, twoja twarz odbita w starym lustrze jakiegoś nieprawdziwego pałacu i moje oko za dziurką od klucza, odbijające pogodnych przechodniów, twoje rozmarzenie i moje „może”, twoja silna wiara i moja pokruszona skałka z Bieszczad, twoje gry komputerowe i moje słowne bierki, twoi chrzestni i mój chrzan Wielkanocą, twoja czysta klawiatura i „mój kurz i już”, nasze niezrozumienie.
Obejrzałam dziś „Amelię”.

Smok

1 komentarz

Kasi ;)

Leżałam sobie, było już ciemno. Nie mogłam zasnąć. Ostatnio wciąż nie mogę zasnąć. Muzyka nie pomaga, bo od razu robi się jakoś smutno i jest jeszcze gorzej.
Więc wyobraziłam sobie smoka.
To chyba było jakieś opuszczone miasto. Był ogromny i czerwony, większy od zamku w tym mieście. Podeszłam do niego i zapytałam:
- Jak leci?
Na początku dziwił się i pytał, kim jestem, ale w końcu odpowiedział, że niedobrze, bo mu się nudzi. Zaproponowałam, żebyśmy jakoś mądrze pogadali, tak z dowcipem. To wtedy mu się przestanie nudzić.
- Więc jak leci?
- Eee… nisko.
I tak, od słowa do zdania, robiło się coraz ciekawiej. Niestety, umysł nie był w stanie zawsze na czas (bez dłuższej chwili ciszy) podsunąć dobrej odpowiedzi, ale było znośnie. Bardzo znośnie.
W toku rozmowy zaproponowałam, że coś mu opowiem. Miałam w głowie dwa zabawne koncepty, które oprawiłyby krótkie opowiadanie w ładną ramkę.
Zaczęłam. Ale przecież trzeba zacząć wcześniej. Nie, najlepiej jeszcze wcześniej. I mówię. Mówię. I mówię.
I zasnęłam.

Właśnie! Co, jeśli ucieknie?
Ale co ucieknie?
Myśl!
Nie ucieknie, już ją zapisałam na kartce, tylko nie rozwinęłam.
Rozwinę teraz.
Jest pewna osoba, z którą łączy mnie znajomość. Czemu o niej piszę? Bo to jest jej myśl, ale też moja, i też ogólna ogólna, tylko z inną preinterpretacją, pointerpretacją – z inną otoczką.
A myśl to taka, że jestem człowiekiem, jest Bóg. Mam „serce” (choć pewna inna osoba może w to wątpić). I w nim się gromadzą różne pragnienia. No, różne, różne. Od wygodnego leżakowania, po wieczną sławę, poprzez pragnienie bycia z kimś – z facetem. Różne lęki, o siebie, o innych się tam gromadzą. Potem – różne zachwyty i zniechęcenia, ale to mniej istotne (tak mi się wydaje). I właśnie to pragnienie związane z innymi jest szczególne – bo oni też takie mogą mieć, bo oni są „oni”, osobni, „historyczni” ludzie. Albo i koty. Bo kota bym chciała, a przecież i kot może mieć czasami chęć na głaskanie, czasem nie. O kota trzeba dbać. Nie można umrzeć i go zostawić.
Właśnie! Więc niezależnie od religii, którą można widzieć prosto lub krzywo, zależnie od Boga, który pewne pragnienie w nas włożył, stwarzając nas – oczywistym jest, że nie powinno się kogoś pragnąć dla siebie, swoich celów. Można razem z kimś coś tworzyć, do tego mamy prawo i zdolności. I ta abstrakcja wcale nie jest taka abstrakcyjna. W „Tajemniczym ogrodzie” chyba nawet jest o tym. Jak ta niemiła dziewczyna zaczęła uprawiać ogródek i się zmieniła.
Ludzie to nie bombonierki. Ludzie to więcej niż studia, które się wykorzystuje dla jakiegoś dobra (na przykład dla szpanu). Ludziom trzeba pozwolić odejść kiedy chcą.
Przecież można ich zatrzymać! Nawet, jeśli jest poczucie, że to korzyść dla obu stron (w co wątpię), nie można.

Miałam dzisiaj wspaniałą okazję posłuchać pewnego kompozytora. Jego nazwisko nic mi nie mówi, więc nie będę go nawet podawać, niedawno je poznałam. W ogóle to zostałam do sluchania zmuszona. W ogóle zaczęło się dyskusją na temat konkursu kompozytorskiego dla polskiej młodzieży, jego organizacji, zaangażowania uczestników… ale ów kompozytor zdominował forum.
Zaczął oczywiście ładnie, na temat, przedstawiając słuchaczom wdzięczną anegdotkę o trudnościach z prezentacją muzyki współczesnej. Potem zgrabnie, nie szczędząc gestów, przeszedł do opisu swojego spotkania z największym współczesnym fizykiem (w jakiejś górskiej dziurze), by wreszcie stwierdzić, że matematyk to też artysta. Mniej więcej na tym etapie zaczęło się robić ciekawie. Zahaczając jeszcze o znanego filozofa, przedstawił nam swój stosunek do twórczości.
Mówił, że w młodości trzeba przede wszystkim „dużo pisać”. Miał na myśli kompozycje, ale łatwo to przenieść na literaturę. Że należy „się wypisać”, choćby po to, żeby mieć co pokazać. Później pięknie mówił o poplątaniu myśli. Rodzą one poplątane życie. Należy mieć prosty, SZLACHETNY umysł, nie kręcić, iść prostą drogą do celu. Właśnie ta SZLACHETNOŚĆ jest ważna i pomaga artyście nie zboczyć z drogi. Bardzo mi się to podobało. I jeszcze mówił, cytując zresztą, że ciemność jest cierpieniem umysłu. Ciemność – brak wiedzy, zainteresowań. Więc wiedza z kolei – wnioskował – musi być radością umysłu. I nikt, kto tak nie uważa tego nie zrozumie.
Wprawdzie to wszystko dla mnie trochę śliskie, dyskusyjne, ale szlachetność i prostota przemowiły do mnie.
Podobnie jak stwierdzenie, że człowiek powinien mieć pasję, ale trzeba wiedzieć, że to nie tylko zadowolenie, że na drodze pasji będą kłody. I że, tak – trzeba to… pokochać.

Słuchając, trochę znudzona momentami, których nie rozumiem, trochę ożywiona spojrzeniem ogólnym, poczułam wreszcie wartość siwych włosów. Może mówił z takim przekonaniem, bo jest, a jest, dobrym aktorem? Nie wiem, ale przekonał mnie.


  • RSS