perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

O ten.

Nie sądziłam, że kiedykolwiek się wypowiem w tego typu sprawie, ale wydaje mi się, że obserwuję tu podobną manipulację jak w każdej porządnej reklamie.
Wycina się z czyjejś wypowiedzi ,,Trzeba zachować ostrożność”, a odbiorca myśli: ,,Jaką ostrożność?! A co z biednymi DZIEĆMI?” i nie zastanowi się już, jak właściwie wyglądał wywiad w całości i dlaczego w mediach, w których chodzi o sensację, mówi się właściwie TYLKO o tym. Teraz osoba, która ogląda takie strony, ma bardzo jednoznaczny obraz Kościoła. Ja wchodząc do Internetu i widząc koloratkę już wiem, jakich informacji oczekiwać. A przez całe życie poznałam wielu księży o różnych wadach i zaletach, takich, którzy wydawali się być z siebie dumni i takich (więcej), którzy cicho pomagali i naprawdę wierzyli w Boga. I żaden z nich mi nic nie zrobił gdy jako mała samotna dziewczynka szukałam wsparcia gdzie mogłam (miałam jakąś dziecięcą depresję, jeśli to możliwe).
Proszę o rzeczywistą obiektywność w czytaniu artykułów takich jak powyższy.

Pierwszy raz chyba piszę tu coś wprost. Jadę na Famę, do sekcji literackiej i do gazetki festiwalowej. W zeszłym roku też byłam i nawet wygrałam nagrodę (Obok innego uczestnika, który wygrał też nagrodę razem ze swoim zespołem, KKPM z Olą.), ale miałam wyrzuty sumienia, bo w wywiadzie z Andrzejem Stasiukiem bardzo go męczyłam, próbując przeforsować swój punkt widzenia, a z drugiej strony jakby go zdradziłam (punkt widzenia), robiąc ten wywiad i chcąc go publikować dla Famowiczan. I myślałam, że to przez ten wywiad wygrałam i przez ogólną średniej jakości wysoką aktywność, bo inne teksty raczej się niczym nie wyróżniały. I nadal tak myślę. Może jeden się wyróżniał, ale w nim też jakby zdradziłam swój niewyklarowany jeszcze punkt widzenia i powiedziałam więcej niż pomyślałam, więc ogólnie kasa z nagrody mnie raczej paliła. Już jej dawno nie ma. I jeszcze wiedząc, jakie środki literackie ceni sobie prowadzący warsztaty, Darek Foks, nie żałowałam ich w swoich tekstach. Wprawdzie nie robiłam tego pod nagrodę, bo o niej w ogóle nie myślałam, zwłaszcza odkąd poznałam poziom innych uczestników, ale na pewno zależało mi na jego pochwale.

Ale nie o tym chciałam pisać. Chciałam pisać o rozmowach z nowymi ludźmi. Dotarło do mnie nagle, że poza tym, że boję się tych rozmów, to jeszcze strasznie mnie nudzą. Może to jedna z przyczyn tego dzikiego strachu. (Zaraz wracam, zrobię tylko sobie herbatę.) Zwykle jest tak, że ktoś mówi o sobie, a ja się dopytuję i dopytuję, przygotowując się na swoją wypowiedź, a kiedy do niej dochodzi, to nic nie umiem powiedzieć. I czuję, że słowa niczego nie stwarzają, bo ani nie chcę tego wszystkiego wiedzieć, ani partner nie chce wiedzieć tego, co ja powiem, bo w obu przypadkach daleko jesteśmy od sedna, od najprostszego porozumienia. Patrząc na ludzi jak na obrazy nudzę się momentalnie, choć nauczyłam się nimi trochę cieszyć, żeby nie zdechnąć z tej nudy. A rozmowy, gdybym była bez niektórych oporów, wyglądałyby do tej pory o tak:

- Co robisz?

- Studiuję polonistykę, no i się lenię, a ty?

- Ja studiuję mechanikę różnoimiennie zasadziście wstręciśliczną i pracuję jako nowosamozależny piekarniczy bob.

- O kurde, jakie to skomplikowane. Co to za kierunek, pierwszy raz o nim słyszę. Praca też wydaje się dzika. Ale opowiedz o studiach, co tam robicie?

- Ogólnie to mechanika różnoimiennie zasadziście wstręciśliczna jest w Polsce strasznie zaniedbana, byłem przez rok w Wiedniu na erasmusie i było sto razy lepiej. Tam mają sprzęty, na które Polskę po prostu nie stać: tarkuszyny wybuchowomiałkie, zębate strzałości, gruzożernowate przedoskonały, marcykopne sarnojeże… No, ale co robimy…

- Czekaj, ale co to za maszyny, ja nigdy o nich nie słyszałam. Opowiesz? A co do Polski, to i tak jest lepiej pewnie niż na wschodzie, no nie? I jak w ogóle było w Wiedniu, zwiedzałeś? Może zacznij od maszyn.

- Ale dużo by mówić. No, na przykład gruzożernowate przedoskonały zasysają przyjaznobrzydackie jeżomarne wątrobości z budynków, gdzie robi się marcykopne sarnojeże.

- Nic nie rozumiem. To opowiedz może, co robicie.

- Uczymy się robić te wszystkie sprzęty i je obsługiwać. Ale jak w Polsce się ćwiczy na jakichś badziewnych komputerowych symulatorach… jak tylko skończę studia, wyjadę na Honolulu.

- Czemu tam?

- Bo tam zębate strzałości są po prostu doskonałe, żadnych przywarowaciofiołnych uwar. No i klimat…

- No nie wiem, ja tam lubię jak jest raz zimno, raz ciepło. Ciekawiej jest. No i można pisać jesienią smutne wiersze.

- Piszesz wiersze?

- Tak, i mam bogate życie wewnętrzne. Nie to co ty. A może ty też? Chociaż podziwiam cię, że umiesz pracować.

- Skąd wiesz, że jestem ubogi wewnętrznie?

- Zanudzasz o tych wszystkich maszynach. Nie da się z tobą porozumieć. Nic o mnie nie wiesz, a ja o tobie też nie i nie chcę wiedzieć. To znaczy może chcę, ale już tyle czasu próbuję i dowiaduję się tylko nowych trudnych szczegółów twoich nudnych studiów, gdzie nie ma filozofii. Zresztą filozofia też by mnie znudziła. Chcę, żebyś słuchał o mnie, jestem taka ciekawa! I chcę, żebyś mnie podziwiał. I żebyśmy razem czytali wiersze i się nimi zachwycali, a żebyś ty się zachwycał moim zachwytem. Nie obchodzą mnie twoje problemy, bo znów spiętrzą się szczegóły, a droga do prostej empatii z jakiegoś powodu jest dla mnie zamknięta. Idę na spacer, pij sobie sam.

 

(Oczywiście czasami lubię słuchać, co u kogoś w szkole i pracy, ale to wtedy jak wiem, że mi na nim zależy i chcę wiedzieć, co u niego.)

Coraz bliżej sesji. Zaraz będę niedosypiać, przeklinać i dziwić, że wcześniej tak mało robiłam. A myślałam, że będę inną studentką, że to nieprawda, co piszą na kwejku… A dobrych przykładów mam sporo. Jest chłopiec, który robi wszystko dokładnie i sumiennie, jest dziewczyna, która czyta dniami i nocami. Jest pani profesor, która opowiada, jak to kiedyś czytała wszystko, co trzeba. Poza przykładami mam swoje pragnienie, żeby poznać dogłębnie to wszystko, co mi każą. Bo to mało i tak, bo mogłabym więcej, ale, ludzie, inspiruje WSZYSTKO. Coś więcej, coś mniej, ale poznając dobrze Kochanowskiego, wiemy, czy ciągnie nas do jego filozofii, czy chcemy szukać czegoś innego.

Nie będę tu robić żadnych postanowień, chociaż może wystarczyłoby w przyszłym roku założyć dziesięć grubych wielkich zeszytów i systematycznie je uzupełniać. Teraz mam jeden zeszyt i piszę w nim wszystko. Może wystarczyłoby się przełamać DLA. Dla literatury. Boże, dla czegoś lepiej żyć niż dla siebie. Literatura to więcej niż Agnieszka. Tak samo przełamuję się w relacjach, choć niektóre zakładają przełamywanie tak mocno, że trudno robić coś innego. Może dlatego to nie jest tylko trudne. No i jeszcze jedno – co by mi dało napisanie, co uważam za ważne w życiu? Kilka pustych haseł: pamięć, pokora, otwartość, wysiłek… Lepiej pisać o konkretnych sytuacjach. Może hasła to nie moralizatorstwo, ale wydaje mi się, że moralizatorstwo ZAWSZE zakłada przekonanie do swojego punktu widzenia.

Ach – i jeszcze. Korzenie. Wczoraj jeszcze byłam niedospana, więc myślałam, zasypiając: „********* korzenie! ********* tradycja! Co mi po korzeniach? Wolność jest najważniejsza! Wolność, przy jednoczesnej pamięci o korzeniach! Czy nie można tego połączyć?”

Nie można właśnie. Jak można lecieć, to tu, to tam, gdy jest się korzeniami przytwierdzonym do ziemi?

korzenie

Tata to trochę moje korzenie. Po rozmowie z nim mam taką myśl – walka o ideę wolności nie uprawnia do walki…

A pewnie jeszcze bardziej niż myślę. Skąd? Stąd. Sted:

„Niemen wyjechał do Łodzi, więc się z nim spotkałem” – napisał w liście do Danuty Pawłowskiej z 1976 roku. A ja byłam na kameralnym koncercie córki Niemena, Natalii. Więc obserwowałam i słuchałam prawie z bliska kogoś, kim opiekował się ktoś, z kim spotkał się Stachura. Ale radość. E tam. On sobie tyle natworzył, ale co to za świat? Nie no, nic nie mówię. Pewnie tak też trzeba. Jednak ten świat fascynuje, więc spotkanie z samym Stachurą byłoby… zwyczajne i szare? E tam, mam innych ludzi do podziwiania. Tylko że ten podziw jest tak skierowany na mnie, że to groźne dla tej osoby. Tej pani profesor. A może dla mnie.

Bo chyba każdy podziw, który nie zakłada wysiłku w kierunku tej osoby, a w kierunku samego podziwu, jest tak samo głupi i błędny jak każde zachłyśnięcie się sobą i niewidzenie właściwych proporcji świat-ja. Może to to, a może coś innego. Nie wiem. Miałam dużo rzeczy do napisania, ale muszę wreszcie zacząć czytać Reja. A tak mi się nie chce i wcale nie muszę, ale czuję, że powinnam, może dlatego, że ten tekst… no, tak czuję, ale się plączę. To chyba ważny tekst. I Krzyżanowski twierdzi chyba (nie chce mi się sprawdzać. Albo chce, przynajmniej otworzę książkę. „Dialog Reja, jak się rzekło poprzednio, należy do najtrudniejszych utworów staropolskich, co pół wieku temu sygnalizował już Brückner, gdy mówił, że najtrudniejszy do zrozumienia to okaz muzy Rejowej„), że najtrudniejszy ze wszystkich staropolskich! A sam tytuł pokazuje, jak ciekawy: „Krótka rozprawa między trzema osobami, Panem, Wójtem, a Plebanem, którzy i swe i innych ludzi przygody wyczytają, a takież i zbytki i pożytki dzisiejszego świata„. Tylko ta polityka ówczesna, te interpretacje… to słownictwo… no ale jak przeczytam i rozumiem to, to przeczytam i zrozumiem wszystko! O tak. A poza tym… naprawdę tak czuję. No i poza tym pewnie będzie na egzaminie.

W tym roku tak mało czytałam! Tak mało! Jej! Naprawdę! Tak się da. Może i nie zdam, ale tak się da! Jak coś czytam, słucham czegoś, to jestem w trudnym raju, szczęśliwa, ale samozaparcia tak mało! I nie wiem, nie wiem. Tak. Wiem. To lenistwo. Ale czy tylko? Bo też piszę. Ale pewnie pisałabym lepiej (patrz wyżej), gdybym czytała więcej. A ta wiedza jest mi potrzebna, bo będę ją wykorzystywać w swoich pracach i w swojej pracy (oby!) i bo inspiruje niesłychanie, i bo pokazuje, jak ludzie myśleli i jak myślą. Co.

Kończę ten skłębiony wywód. Zrobię jakiś plan i wrócę do Reja. Ale jak trudno podjąć jakikolwiek wysiłek! Wiem, że ludzie tak mają, ale czy aż tak?

Jestem pełna niesłychaności po wczorajszym niesłychanym wieczorze. Już go opisałam w innym miejscu, tu nie chcę, bo to proste zdanie sprawy z wydarzeń i refleksji, które mogły się znaleźć tylko na papierze. W każdym razie niesłychaność zamknęłabym w trzech słowach: wspaniała pani profesor.

Kiedy skończyłam pisać, wymazałam numer do owego chłopaka, o którym pisałam w poprzedniej notce, bo w tym zeszycie go zapisałam. Wcześniej usunęłam numer z telefonu, nie zapamiętując go. Minęły prawie cztery dni od mojego telefonu. A przed chwilą zadzwonił, ale przez pomyłkę, bo słyszałam tylko hałas kroków. Numer poznałam po pierwszych sześciu cyfrach, których nie umiałam nie zapamiętać.

Piszę na blogu to, co mogłabym napisać w papierowym pamiętniku, ale czuję potrzebę, żeby wypowiedzieć się publicznie. Może to też trochę mnie zobowiąże do spełnienia obietnic, które pewnie sobie złożę w trakcie pisania.

Chłopcy nie są dziwni. Tytuł to wyraz (zdanie) mojej własnej frustracji. A jeśli są, to nie wszyscy, a część pozytywnie.

Byłam w kawiarni, żeby zrobić wywiady na warsztaty fundacji Schumana. Byłam w parze z miłą panią. Podeszłyśmy do chłopaka, który wcześniej – takie miałam wrażenie – patrzył na mnie z zainteresowaniem. Chciałam zrobić wywiad z kim innym, ale pani z pary wolała właśnie z nim.

Rozmowa była ciekawa, a ja podczas niej dowiedziałam się o chłopaku rzeczy, które bardzo mnie zaintrygowały. Pani z pary poprosiła o numer dla siebie i dla mnie i mówiła, że on i ja powinniśmy się poznać.

Miałam ten numer przez tydzień i nic z nim nie robiłam. Pomyślałam, że skoro chłopak ma wizytówkę pani z pary, to jak naprawdę będzie chciał, to znajdzie do mnie drogę.

Ale dziś jednak zadzwoniłam. Pomyślałam, że chętnie go poznam. Że zapytam, czy chciałby się spotkać i pogadać. Nie chciałam pisać smsa, bo uznałam to za półśrodek zwiększający dystans. A koleżanka doradziła mi, ze w tej sytuacji właśnie tak powinnam zrobić. Napisać mu po prostu, że to mój numer, że to naturalne w tej sytuacji.

Chyba miała rację. Chłopak powiedział, że oddzwoni w ciągu godziny, bo nie może rozmawiać i nie zadzwonił.

Na razie minęły prawie trzy godziny, ale dla mnie to już jest jasne. Przez pierwsze pół godziny czekałam w napięciu, jedząc późne śniadanie. Potem już mi przeszło, zrobiłam obiad.

Wniosek? Nie można wywierać presji na chłopców, bo albo oni coś zrobią, albo nikt. Nie znam żadnych innych sposobów, żeby z kimś z tamtej planety zawiązać znajomość, więc pozostaje mi chyba bierność i rozmowy tylko z tymi, którzy sami chcą. Zresztą każdy jest inny, więc sytuacja nie jest taka prosta.

I jeszcze nie mogę się oprzeć, żeby czegoś nie wyjaśnić – nawet jeśli myślałam o chłopaku z kawiarni w kategoriach chłopak-dziewczyna, to przeczuwałam, że krok z mojej strony ukaże prawdę – czy to w ogóle ma sens – czy on mi się w ogóle podoba. Że to będzie wyjście z jaskini wyobrażeń. Na razie wiedziałam, że mnie zaintrygował i że miło byłoby porozmawiać.

Myślę, że chłopak wie, że zrozumiem milczenie. Że to nie tak, że nie może albo się boi, ale to jego świadoma i przykra dla mnie decyzja, powodowana albo najprostszym brakiem zainteresowania, albo, np. posiadaniem dziewczyny. Ale i tak cieszę się, że właśnie to zrobiłam. Skoro mnie nie szukał, to mu nie zależało, a ja przynajmniej się przełamałam. Czy powinnam mieć do niego pretensję, że tak to załatwił? Myślę, że teraz przynajmniej nie ma wątpliwości, nie ma otwartego nowego rozdziału o przykrym zakończeniu. Gdyby oddzwonił, nie chcąc tego, musiałby, chcąc być szczerym, powiedzieć coś, co by mnie zraniło – że nie ma ochoty się ze mną widzieć. Może lepiej, ze tego nie powiedział.

Edit: A jednak mam. I mimo wszystko myślę „ale jestem głupia”.

Hej, a co jeśli miłość nie istnieje? To znaczy – z wielu dziwnych współ-refleksji nie mogłabym wysnuć takiego wniosku – bardziej, że jest i że jest wszędzie, że jest najbardziej naturalna i najbardziej tajemnicza, zresztą chyba podobnie jak wszystko, co zachodzi w człowieku i między ludźmi, podobnie jak naturalnie przykre i niepojęte są samotność i wycofanie.

Moje pytanie bardziej odnosi się do sytuacji, w której chłopak kocha dziewczynę, a dziewczyna chłopaka. Wiem, że w ten sposób dużo ujawniam o sobie, ale trudno – czy w ogóle może istnieć sytuacja, w której każde z nich podziwia tę drugą osobę i wierzy jej? Kiedy robią coś dla siebie, mniej więcej równomiernie? Może właśnie nic nie ujawniam, bo z tego, co się nasłuchałam, naczytałam, to zwykle pojawia się któryś z wielu problemów, jak nie ten, to inny. Więc pytanie – jak często to się udaje? Kiedy, jak w „Pierwszej miłości” Kieślowskiego, można powiedzieć, że źle jest przez piętnaście minut, a głównie dobrze – i jest coś, co ich zespala, trzyma, nie pozwala odejść, wsuwa dłoń w dłoń…

Czy taka miłość istnieje?

Krzysztof Łakomik – starzec stojący nad grobem, dla którego kopią grób. Książę, który odkrywa, że jest synem jednego z grabarzy. Drugi jest poetą (pierwszy chamem). Nadchodzi nowy ustrój, który pragnie, żeby wszyscy byli jednakowi. Prezydentem jest ostry nieprzyjemny rozkosznie typ, zbyt normalny i ziemski przy pułkowniku stojącym nad grobem. Jego wspólniczka to muzyczka i czuje coś do niego lub nie, ale do niej na pewno wiele czuje (bo trwa w męczarniach) malarz (Piotr Łakomik), który umiera. Jest i królowa, i jej dziwaczna dama. Wiją się, krzyczą, uderzają ciężko w podłogę, palą i

sprawiają, że wszystko inne przestaje smakować. Liczą się tylko oni i chwila oczekiwania na kolejne słowo lub gest. Czeka się w drażniącym napięciu na rozładowanie napięcia między bohaterami albo między ich zmorami i nie chce się rozładowania. Niech napięcie trwa zawsze, o ile lepsze jest od życia!

I wciąż powraca wyciośpiew, i dźwięki, które pozwalają oswoić się  przez czas spektaklu, i wciąż ktoś wbiega na ciemną scenę, a komiczne i tragiczne epizody łączą ciała bohaterów w jednym, dzikim spazmie agonii.

Chociaż na ogół bardzo dbam o to, żeby nie podobało mi się, to, co „wszystkim”, tym nie wyszło. Chociaż pierwsze słowa, jakie wreszcie powiedziałam na temat baletu to było coś w stylu „trochę mgły, kilka symboli na krzyż i nieuważny taniec”, to jednak nie mogłam zaraz potem nie włączyć się w ogólną falę zachwytu i entuzjazmu, jakiej poddała się sala Moniuszki. Były nawet wiwaty, czego nie spodziewałabym się na „poważnym” przedstawieniu, a było takie w istocie, mimo że łatwość, z jaką się je odbierało mogła raczej prowadzić na inny trop.
Nie zamierzam tu niczego dokładnie opisać, chcę jedynie spróbować uchwycić to, co tak bardzo mnie ujęło (wzajemny uścisk). Rzeczywiście, były symbole, same symbole i trudno czego innego spodziewać się po balecie, jednak tutaj były tak dostojne i oczywisto-enigmatyczne, jakbyśmy cofnęli się do średniowiecznych przedstawień towarzyszących liturgii.
Oglądając, miałam refleksję, że właściwie przedstawienie taneczne jest IDEALNĄ FORMĄ sztuki. Wydarzenia pozostają gdzieś z tyłu, a odbiorcy przekazywane są PIĘKNE (taniec!!!) emocje, jakie przeżywają bohaterowie. Widz SAM SIĘ DOMYŚLA i bierze do siebie TO, CZEGO POTRZEBUJE. A jak cudowne, wspaniałe musi być poznanie prawdziwej, wielowarstwowej interpretacji, która wcale nie musi być dopowiedziana! Widoczna jest wtedy myśl autora, brakuje tylko tego uroku, jakie niosą wspaniale ułożone słowa, brakuje melodii samego języka, który jest nieodłączny cywilizacji, nieodłączny człowiekowi. (Tu uśmiecha się teatr ze słowem. Do podobnych wniosków doszedł chyba Wyspiański i trudno odmówić niesamowitości ostatnim scenom „Wesela”! Jednak czy bezpośrednie przemawianie do myśli i rozumu podczas czytania nie jest także potrzebne?)
W „Procesie” Kafki była opisana brama prawa, zamknięta brama, przez którą nie można było przejść. Na „I przejdą deszcze” też była brama. Potężna, za którą wisi otchłań, OTWARTA.
I przechodzimy przez nią, mgła, chmury, są coraz gęstsze. I widzimy, co dzieje sie POD POWIERZCHNIĄ ZDARZEŃ, widzimy, CHODZIMY (inni tancerze, w zwykłych ubraniach) między tymi, których zwykle nie widać. I teraz popiszę się ignorancją (chociaż w tym częśc uroku symboli), bo naprawdę nie jestem pewna znaczenia tego, co działo się na scenie. Trochę światła rzucało na to ubranie tancerzy – byli „czarni” (z zachwycająco wyrzeźbionymi klatkami piersiowymi, które mogły nieco odciągnąć od gry idei) i „biali”, w powiewnych szatach, między którymi wyróżniał się jeden, w olśniewająco białych spodniach i dłuższymi ciemno-blond włosami. Później nadeszli też „niebiescy” i „brązowi”. Czarni niewątpliwie odgrywali negatywną rolę, szarpiąc w końcu wszystkich (też „najbielszego”, sprawiając, że upadł, ale potem ożywił też innych). „Najbielszy” był na pewno skrajnie pozytywny, tak bardzo, że zanim jeszcze sie tego domyśliłam, zanim chór zaśpiewał „Deus” (bo był i chór!), uśmiechnęłam się do niego z drugiego rzędu.
Przy grze „czarnych” byłam zafascynowana i nie lubiłam już aż tak „najbielszego”. A potem, z czym zgodziła się i Ania, na scenie pojawili się ktoś jak Adam i Ewa, zwłaszcza że wcześniej czy potem wyświetlono z tyłu po protu DRZEWO. W ich tańcu najbardziej była widoczna owa „niedokładność” i wrezcie zaczęłam być przekonana, że jest zamierzona. Tancerze jakby przystawali, jakby niezgrabnie unosili się. Ona miała jakby zasłonięte oczy, jakby nie umiała z nim tańczyć, ale on jakby wybaczał, wreszcie otworzyła je, a on był jak niewidomy. Obrzydliwy, nieporadny, w stroju, który mi się nie podobał – obcisłych cielistych szortach (byli „nadzy”…). Wokół stali „czarni”. Ona dosłownie popychała jego nogi, krok za krokiem, prosto na nich…
A wtedy… zabrali ją do piekła. Po prostu, nagle wszystko było dla mnie jasne. Tańczyła wiła się w strasznych płomieniach, długo, bez końca. Nie było ratunku. On stał bezradny i pełen rozpaczy, a potem, gdy ją zabrano, przeszedł bezpieczny między szeregami „czarnych”. Czułam fizyczny ucisk, bo wcześniej beztrosko utożsamiłam się z kobietą. Mimo wszystkich myśli, które miałam ostatnio w kierunku wyzwolenia się ze schematów, z myślenia w kategoriach kara-nagroda, teraz czułam je w całej pełni, i czułam, że nie są tylko moje…!
A wtedy… wtedy stało się coś, coś związanego z „najbielszym” i deszczem, właśnie nie pamiętam, co. I z muzyką, bo poczułam AUTENTYCZNĄ NADZIEJĘ.
I jeszcze kilka było takich momentów, gdzie uwaga była skupiona na którymś „dwojgu”, jednak to „taniec cielistych” zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, i , niestety, nie tylko na mnie.
Ale „wszyscy” to też ja, i jakiekolwiek były procesy w całej Europie, które doprowadziły do tego, że nie czuję się zbyt „niekomfortowo” będąc egiostką, samotną wyspą, która jest do tego mniej niż inni samodzielna, wolałabym jak najszybciej zauważyć, że bycie odrębnym nie jest wartością. Oczywiście dobrze jest pozostać samotnym, jeśli „wszyscy” są na premierze jakiejś lewej komedii (bez smaku i sensu), jednak chyba lepiej z kimś porozmawiać o tej komedii niż bezwolnie leżeć, czekając aż wady i kompleksy same odfruną, podrywając mnie z uprzejmości do góry.

Chociaż na ogół bardzo dbam o to, żeby nie podobało mi się, to, co „wszystkim”, tym razem nie wyszło. Chociaż pierwsze słowa, jakie wreszcie powiedziałam na temat baletu, to było coś w stylu „trochę mgły, kilka symboli na krzyż i nieuważny taniec”, to jednak nie mogłam zaraz potem nie włączyć się w ogólną falę zachwytu i entuzjazmu, jakiej poddała się sala Moniuszki. Były nawet wiwaty, czego nie spodziewałabym się na „poważnym” przedstawieniu, a było takie w istocie, mimo że łatwość, z jaką się je odbierało mogła raczej prowadzić na inny trop.

Nie zamierzam tu niczego dokładnie opisać, chcę jedynie spróbować uchwycić to, co tak bardzo mnie ujęło (wzajemny uścisk). Rzeczywiście, były symbole, same symbole, i trudno czego innego spodziewać się po balecie, jednak tutaj były tak dostojne i oczywisto-enigmatyczne, jakbyśmy cofnęli się do średniowiecznych przedstawień towarzyszących liturgii.

Oglądając, miałam refleksję, że właściwie przedstawienie taneczne jest IDEALNĄ FORMĄ sztuki. Wydarzenia pozostają gdzieś z tyłu, a odbiorcy przekazywane są PIĘKNE (taniec!!!) emocje, jakie przeżywają bohaterowie. Widz SAM SIĘ DOMYŚLA i bierze do siebie TO, CZEGO POTRZEBUJE. A jak cudowne, wspaniałe musi być poznanie prawdziwej, wielowarstwowej interpretacji, która wcale nie musi być dopowiedziana! Widoczna jest wtedy myśl autora, brakuje tylko tego uroku, jakie niosą wspaniale ułożone słowa, brakuje melodii samego języka, który jest nieodłączny cywilizacji, nieodłączny człowiekowi. (Tu uśmiecha się teatr ze słowem. Do podobnych wniosków doszedł chyba Wyspiański i trudno odmówić niesamowitości ostatnim scenom „Wesela”! Jednak czy bezpośrednie przemawianie do myśli i rozumu podczas czytania nie jest także potrzebne?)

W „Procesie” Kafki była opisana brama prawa, zamknięta brama, przez którą nie można było przejść. Na „I przejdą deszcze…” też była brama! Potężna, za którą wisi otchłań, OTWARTA.

I przechodzimy przez nią, mgła, chmury, są coraz gęstsze. I widzimy, co dzieje się POD POWIERZCHNIĄ ZDARZEŃ, widzimy, CHODZIMY (inni tancerze, w zwykłych ubraniach) między tymi, których zwykle nie widać. Naprawdę nie jestem pewna znaczenia tego, co działo się na scenie. Trochę światła rzucało na to ubranie tancerzy – byli „czarni” (z zachwycająco wyrzeźbionymi klatkami piersiowymi, które mogły nieco odciągnąć od gry idei) i „biali”, w powiewnych szatach, między którymi wyróżniał się jeden, w olśniewająco białych spodniach i z dłuższymi ciemno-blond włosami. Później nadeszli też „niebiescy” i „brązowi”. „Czarni” niewątpliwie odgrywali negatywną rolę, szarpiąc w końcu wszystkich (też „najbielszego”, sprawiając, że upadł, ale potem ożywił też innych). „Najbielszy” był na pewno skrajnie pozytywny, tak bardzo, że uśmiechnęłam się do niego z drugiego rzędu.

Przy grze „czarnych” byłam zafascynowana i nie lubiłam już aż tak „najbielszego”. A potem, z czym zgodziła się i Ania, na scenie pojawili się ktoś jak Adam i Ewa, zwłaszcza że wcześniej czy potem wyświetlono z tyłu po prostu drzewo. W ich tańcu najbardziej była widoczna owa „niedokładność” i wreszcie zaczęłam być przekonana, że jest zamierzona. Tancerze jakby przystawali, jakby niezgrabnie unosili się. Ona miała jakby zasłonięte oczy, jakby nie umiała z nim tańczyć, ale on jakby wybaczał, wreszcie otworzyła je, a on był jak niewidomy. Nieporadny, w stroju, który mi się nie podobał – obcisłych cielistych szortach (byli „nadzy”…). Wokół stali „czarni”. Ona dosłownie popychała jego nogi, krok za krokiem, prosto na nich…

wtedy… zabrali ją do piekła. Po prostu, nagle wszystko było dla mnie jasne (nawet, jeśli tylko dla mnie). Tańczyła, wiła się w strasznych płomieniach, długo, bez końca. Nie było ratunku. On stał bezradny i pełen rozpaczy, a potem, gdy ją zabrano, przeszedł bezpieczny między szeregami „czarnych”. Czułam fizyczny ucisk, bo wcześniej beztrosko utożsamiłam się z kobietą. Mimo wszystkich myśli, które miałam ostatnio w kierunku wyzwolenia się ze schematów, z myślenia w kategoriach kara-nagroda, teraz czułam je w całej pełni, i czułam, że nie są tylko moje…!

A wtedy… wtedy stało się coś, coś związanego z „najbielszym” i deszczem, właśnie nie pamiętam, co. I z muzyką, bo poczułam AUTENTYCZNĄ NADZIEJĘ.

I jeszcze kilka było takich momentów, gdzie uwaga była skupiona na którymś „dwojgu”, jednak to „taniec cielistych” zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, i , niestety, nie tylko na mnie.

Ale „wszyscy” to też ja, i jakiekolwiek były procesy w całej Europie i na świecie, i w mojej rodzinie, które doprowadziły do tego, że nie czuję się zbyt „niekomfortowo” będąc egoistką, samotną wyspą, która jest do tego mniej niż inni samodzielna, wolałabym jak najszybciej zauważyć, że bycie odrębnym nie jest wartością. Oczywiście dobrze jest pozostać samotnym, jeśli „wszyscy” są na premierze jakiejś lewej komedii (bez smaku i sensu), jednak chyba lepiej z kimś porozmawiać o tej komedii niż bezwolnie leżeć, czekając aż wady i kompleksy same odfruną, podrywając mnie z uprzejmości do góry.

Dzisiaj ostatni dzień roku. Spędzam go ze Stedem, a dokładniej z jego listami do Danuty Pawłowskiej, jego ostatniej przedśmiertnej miłości. Za tę śmierć go pokopałam, za śmierć i refleksje, które do niej doprowadziły, wpędzając przy tym w przykry stan adresatkę listów i całunków, ale za listy go pokochałam. Zwłaszcza, gdy napisał w czwartek, 26 lutego 1976 roku: ”(…)ale miałem noc. Febra, trzęsionka, gorączka i halucynacje. Niesamowite. Cały mokry byłem i taki słaby, że nie mogłem się poruszyć. Przesilenie widocznie. Przytuliłem do siebie Paszczaka i jakoś przetrwałem.” Bo nosił ze sobą maskotkę.

Stachurek pisze często o miejscach mi znanych, chyba że podróżuje, więc w sumie nie bardzo często. I jeszcze jeździ często na łyżwach, ma ciekawe obserwacje i miłe spontaniczne przemyślenia, co bardzo kojarzy mi się z moimi wspomnieniami. I widzę, jak to wszystko pisane palcem na wodzie. Jak to wszystko niepewne i pragnące pewności, wizualizujące sobie pewność, żyjące pewnością, której nie może być, a która jednak coś stwarza – jakiś niepewny świat, który chce wchodzić w wieczność. I zaraz będzie nowy rok, a Edward jest bardzo ostateczny w każdej minucie. Bardzo uważny, bardzo ważny i wszystko, co widzi i robi jest ważne. Pisze ciepłe, wspaniałe rzeczy, stwarza szybciej niż ktokolwiek może się zorientować. Czegoś nie było, a zaraz coś jest i może nawet trwać, bo on w to uwierzył, wypragnął to sobie. I nagle poznaje osobę, która może też w to uwierzyć, może dzielić jego stwarzany świat. Ale ta osoba czuje się coraz gorzej, bo nie może już sama niczego stworzyć…

Na jednym zdjęciu stoi obok swojej wybranej i w okamgnieniu wszystkie zarzuty pryskają, i jest tak, jak pisał: „Bo tu nie ma słów. Byłem jak duch, a żyłem jak sześciu najżywszych i pracowałem jak dwunastu najpracowitszych, i wędrowałem, i padałem, i wstawałem, i dalej wędrowałem, i wołałem cicho, i wyłem dziko, nasłuchując, czy odezwie się Echo: ta córka eteru, Ty córka eteru.”

Biedny Sted. Biedny i inspirujący, i zachęcający mnie, podglądaczkę, żeby pisać i pracować pisząc.


  • RSS