Cierpię na kryzys światopoglądowy. Gdy w formularzu dla ewentualnej przyszłej statystki musiałam napisać swoje życiowe motto (po co?), nie zastanawiając się ani chwilki wpisałam ,,NIC NIE WIEM.” I tak sobie bujam od miesięcy, jeśli nie od lat. Nic nie wiem, nie ma czarnego ani białego, wysokiego ani niskiego. Trudno mi się zachwycić i trudno przyłożyć do jakiejkolwiek sprawy.

Pomyślałam sobie ostatnio, że winien jest, być może, częściowo, Internet. Bo to tu się zewsząd sączy irrrronia, tu siedzibę ma kwejk, tu na fejsbuku łatwiej o idiotyzmy niż o cokolwiek innego, a jak już są dyskusje, to wciąż te same argumenty się przewracają jeden o drugi.

Ale przecież to nieprawda. Nie Internet winien mojemu stanowi, a przynajmniej nie bezpośrednio. Zauważyłam, że łatwość wpisania statusu na fejsbruku sprawia, że robię to przez kilkanaście sekund i zapominam o tym, nad czym mogłabym się dłużej zastanowić! I że przyzwyczaiłam się do obrazków, więc zamiast czytać dłuższe teksty, dzięki którym coś mogłoby ruszyć w mojej coraz bardziej pustej główce, oglądam komiksy.

Przyzwyczaiłam się do tego, że komputer i sieć upraszczają wszystko, więc gdy już się podłączam, ja także wszystko upraszczam. I patrzę już bez zgrozy na wszechobecne emotikony, na upraszczające i oparte na stałych schematach wielkie odkrycia piętnastolatków i, o zgrozo (jednak), dorosłych, pracujących albo studiujących ludzi.

I w mojej głowie świat staje się kolorową, niepewną zabawką, w której wszystko zmienia się z byle powodu, kalejdoskopem, który operuje wciąż tymi samymi szkiełkami, nudną interpretacją trzylatka, który nigdy nie słyszał o symbolu i głębszych zależnościach.

A z drugiej strony mam gdzieś na widoku świat ludzi, którzy szukają gdzie indziej, a jednak chyba wciąż tak samo płytko i nie wiem, gdzie jest w końcu to prawdziwe życie, nie wiem, nie wiem!!! Do pioruna, do burzy z piorunami, do błysku i grzmotu! Nie wiem.

Przecież nie w książkach.