Jutro wybieram się na samotną wyprawę do Torunia. Koniec sesji, więc niemal każdego dnia coś się dzieje, a tu taki wyjazd z punktu W do punktu T?! Tak, bo bilet w obie strony kupiłam już jakiś czas temu, gdy myślałam, że 25.06 będą dawno wakacje.

I co ja zamierzam robić w tym Toruniu? Przede wszystkim znaleźć się tam. Następnie zwiedzić miejsca polecane przez internet i Kasię, a także takie, których nazwy brzmią ciekawie, czyli Dolinę Marzeń oraz ulicę Gałczyńskiego. Chcę też zakupić pierniczki i ewentualnie zaszyć się na chwilkę w miejscu, gdzie poczuję się bezpiecznie albo w otoczeniu ładnym, zielonym i inspirującym do pracy twórczej.

Bo jadę sama. A samotność na wędrówkach jest czasami smutna i zniechęcająca do chodzenia i patrzenia. A jak mówię, że jadę sama, to ludzie pytają: ,,sama?!”. A ja pragnę tej wyprawy samotniczej, pragnę się ruszyć dalej niż do ,,Żabki”, bo może wtedy moje myśli ruszą w końcu do przodu, może stamtąd zaczerpnę sił do codzienności. A wreszcie – może w drodze pouczę się na kolejne zaliczenia. A wreszciej – może na ulicy Gałczyńskiego dopadnie mnie mania pisania licencjatu. A jeszcze wreszciej – może coś zobaczę i opiszę, a może tam – z dala od moich dwóch dobrze znanych miast – odważę się na jedną małą, grzeczną przygodę.

Podróż otwiera, obudza. Podróż zmusza do ruchliwości i do zmiany perspektywy. A w Toruniu nigdy nie byłam. Podróż to też ucieczka. Złudna nadzieja, że gdzieś tam lustra działają inaczej.