Tuż przed zeszłorocznym Sylwestrem pojechałam z mamą na późne zakupy. Przez całodobowe ,,Tesco” przetaczały się gromady młodych ludzi z identycznymi i łatwymi do odgadnięcia zawartościami wózków. Robiłyśmy zakupy dla kilku osób – miał przyjechać mój chłopak, przyjaciółka i koleżeństwo. To miała być moja pierwsza w życiu domówka (nie licząc urodzin z okazji ukończenia kilku roczków), zatem wieczór był już szczególny, gdy odebrałam typowy telefon od mamy poszukującej korepetytorki dla dwunastoletniego syna. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak.

- Czy może pani udzielać korepetycji mojemu synowi?

- Tak!

- A gdzie pani dokładniej mieszka? [w ogłoszeniu podałam tylko ogólną dzielnicę Warszawy - przyp. autorki] Bo my mieszkamy na tej o dzielnicy.

- O! Ja też!

- O, jak dobrze! A dokładniej? My przy tym o miejscu.

- Ja także!

- O! My mieszkamy pod tym numerem bloku.

- I ja!!!

- My mieszkamy w tej o klatce, tej przy tym o.

- Ja też!

- A my pod numerem o tym mieszkania.

I okazało się, że mój obecny uczeń ma w pokoju biurko niemalże dokładnie nad moim (trochę bardziej w lewo), piętro wyżej… Chodzę tam bardzo, bardzo często, bo jego rodzice są ambitni, a on pracowity. Bardzo go lubię, mimo jego wredności.

A dziś jest już ciepło. Pojechałam spotkać się z przyjaciółką w centrum. Jadłyśmy sobie smaczne rzeczy w ogródku kawiarni, niczym modnisie czy hipsterki z Warszawy. Jakaś starsza pani dmuchała dymem prosto na nas. Moja nieśmiała i uprzejma przyjaciółka wstała i zwróciła jej uwagę. Potem okazało się, że to chyba właścicielka kawiarni.

Przyjaciółka miała autobus do innego miasta wpół do 22. Zostawiłam ją w środku i poszłam na most Poniatowskiego. Patrzyłam długo na rzekę ludzką, tak nią zafascynowana, że nie zważałam na Wisłę. Potem zmieniłam sobie stronę mostu i patrzyłam na pociągi, a później przekroczyłam rzekę i jeszcze chwilkę obserwowałam tłumy przy ogniskach. Następnie podreptałam przed Stadion Narodowy, ale było tam tak pusto i dziwnie, że poszłam na przystanek. Autobus przyjechał od razu, nawet musiałam podbiec. W środku gawędziłam sobie przez telefon, gdy nagle usłyszałam zza pleców:

- Hey! Hey! Hey, girl!!!

- Yes?

- Czy wiesz, gdzie muszę wysiąść, żeby dojść do tego miejsca? [po angielsku ten dialog i kolejne, ale boję się błędów - przyp autorki]

- Tak, na przystanku tym o, też tam wysiadam.

- Okej, czyli muszę wysiąść tam gdzie ty?

- Tak.

Wysiedliśmy.

- Girl! Where is…?

- To coś jest tam.

- Nie. Czy możesz mi pomóc dojść na tę i na tę ulicę?

- Tak, mieszkam tam.

I podreptaliśmy. Po drodze dowiedziałam się, że przyjechał do rodziny aż ze Szwecji i że odwiedza kogoś chorego na raka. I – tak, właśnie tak – dreptał prosto do moich sąsiadów, u których pracuję jako nauczycielka.

To było bardzo dziwne uczucie – rozstać się z nim tuż przed drzwiami mieszkania.

Obie historie są prawdziwe (choć tak nieprawdopodobne, że uznałam za konieczne potwierdzenie tego faktu) i jestem bardzo ciekawa komentarzy sąsiadów!