perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2015

Tuż przed zeszłorocznym Sylwestrem pojechałam z mamą na późne zakupy. Przez całodobowe ,,Tesco” przetaczały się gromady młodych ludzi z identycznymi i łatwymi do odgadnięcia zawartościami wózków. Robiłyśmy zakupy dla kilku osób – miał przyjechać mój chłopak, przyjaciółka i koleżeństwo. To miała być moja pierwsza w życiu domówka (nie licząc urodzin z okazji ukończenia kilku roczków), zatem wieczór był już szczególny, gdy odebrałam typowy telefon od mamy poszukującej korepetytorki dla dwunastoletniego syna. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak.

- Czy może pani udzielać korepetycji mojemu synowi?

- Tak!

- A gdzie pani dokładniej mieszka? [w ogłoszeniu podałam tylko ogólną dzielnicę Warszawy - przyp. autorki] Bo my mieszkamy na tej o dzielnicy.

- O! Ja też!

- O, jak dobrze! A dokładniej? My przy tym o miejscu.

- Ja także!

- O! My mieszkamy pod tym numerem bloku.

- I ja!!!

- My mieszkamy w tej o klatce, tej przy tym o.

- Ja też!

- A my pod numerem o tym mieszkania.

I okazało się, że mój obecny uczeń ma w pokoju biurko niemalże dokładnie nad moim (trochę bardziej w lewo), piętro wyżej… Chodzę tam bardzo, bardzo często, bo jego rodzice są ambitni, a on pracowity. Bardzo go lubię, mimo jego wredności.

A dziś jest już ciepło. Pojechałam spotkać się z przyjaciółką w centrum. Jadłyśmy sobie smaczne rzeczy w ogródku kawiarni, niczym modnisie czy hipsterki z Warszawy. Jakaś starsza pani dmuchała dymem prosto na nas. Moja nieśmiała i uprzejma przyjaciółka wstała i zwróciła jej uwagę. Potem okazało się, że to chyba właścicielka kawiarni.

Przyjaciółka miała autobus do innego miasta wpół do 22. Zostawiłam ją w środku i poszłam na most Poniatowskiego. Patrzyłam długo na rzekę ludzką, tak nią zafascynowana, że nie zważałam na Wisłę. Potem zmieniłam sobie stronę mostu i patrzyłam na pociągi, a później przekroczyłam rzekę i jeszcze chwilkę obserwowałam tłumy przy ogniskach. Następnie podreptałam przed Stadion Narodowy, ale było tam tak pusto i dziwnie, że poszłam na przystanek. Autobus przyjechał od razu, nawet musiałam podbiec. W środku gawędziłam sobie przez telefon, gdy nagle usłyszałam zza pleców:

- Hey! Hey! Hey, girl!!!

- Yes?

- Czy wiesz, gdzie muszę wysiąść, żeby dojść do tego miejsca? [po angielsku ten dialog i kolejne, ale boję się błędów - przyp autorki]

- Tak, na przystanku tym o, też tam wysiadam.

- Okej, czyli muszę wysiąść tam gdzie ty?

- Tak.

Wysiedliśmy.

- Girl! Where is…?

- To coś jest tam.

- Nie. Czy możesz mi pomóc dojść na tę i na tę ulicę?

- Tak, mieszkam tam.

I podreptaliśmy. Po drodze dowiedziałam się, że przyjechał do rodziny aż ze Szwecji i że odwiedza kogoś chorego na raka. I – tak, właśnie tak – dreptał prosto do moich sąsiadów, u których pracuję jako nauczycielka.

To było bardzo dziwne uczucie – rozstać się z nim tuż przed drzwiami mieszkania.

Obie historie są prawdziwe (choć tak nieprawdopodobne, że uznałam za konieczne potwierdzenie tego faktu) i jestem bardzo ciekawa komentarzy sąsiadów!

Mam tragiczną sytuację związaną z w-fem na mojej uczelni. Trzeba powiedzieć, że na moim kierunku muszę wyrobić cztery semestry w-fu w ciągu trzech lat. Na pierwszym roku w ogóle nie zawracałam sobie tym głowy. Na drugim roku niestety zrobiłam tylko jeden semestr (zajęcia z pływania zostały haniebnie zaniedbane), teraz jest rok trzeci, semestr drugi, a ja ostatecznie wyrobiłam tylko dwa semestry! Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie moje słabo uzasadnione lęki o wolne dni na spotkania z Pawłem i nieskończone przeciąganie z podjęciem decyzji o zapisaniu się na zajęcia w wyznaczonym czasie. Wreszcie stało się tak, że wszystkie szanse zmarnowałam, a mogłabym spokojnie uczęszczać na w-f dwa razy w tygodniu i wszystko byłoby w porządku… teraz moją najostatniejszą szansą jest tzw. kurs przyspieszony, a na tym kursie – siłownia i JOGA.

O jodze słyszałam od dawna – że zagrożenie dla chrześcijanina, że odwołanie się do mocy obcych Jezusowi… że niektórzy podchodzą na luzie, że taka sportowa to tylko dla relaksu i dla rozciągania. Ale ja nie chciałam mieć z nią nic wspólnego. Mam jakieś doświadczenia z samouzdrawianiem i do teraz mam pewne problemy. Być może nie związane z tym, ale dużo wskazuje na to, że przeciwnie. Zapytałam o zdanie przyjaciółki, którym ufam (każda mówiła coś zupełnie innego) i wykształconego, doświadczonego spowiednika-egzorcystę (zabronił mi w tym uczestniczyć). Sama czułabym się źle w środowisku, które, być może, trochę na niby, oddaje się w ręce jakichś energii. Sama  zamykałabym się na wszelkie wpływy, starałabym się po prostu nie wczuwać w to, co robię, ale nie wiem, czy to wystarczy.

Ale pytałam w dziekanacie – niewyrobienie w-f-ów  oznacza powtarzanie roku. Wszystko to moja wina, wiem. Nieprzykładnie olałam sprawę. Tylko teraz jest czas, żeby  końcu zacząć działać. Byłam u pani z wyżyn władczych w-f-owych i poleciła mi porozumieć się bezpośrednio z prowadzącą zajęcia. Dała mi maila. Zwlekam z tym, jak tylko mogę! Co to za kobieta? Jak się odniesie do moich wątpliwości na temat tego, co ona raczej uznaje za samo dobro? Czy pozwoli mi rozciągać się na boczku, czy raczej uzna to za lekceważenie, rozwalenie zajęć i nie będzie chciała do tego dopuścić? Czy mogę się powołać na panią z wyżyn? Przecież wszyscy zainteresowani dostaną swoją kasę (za kurs przyspieszony płaci się 300 zł). Ale czy to nie będzie uznane za czystą bezczelność? Ne mogę teraz wysłać tego maila, bo jest w zeszycie, który zostawiłam w domu. Mogłabym poprosić o niego panią z wyżyn (mailem – odpisuje natychmiast!), ale się boję.

Ale trzeba mieć to za sobą. Muszę po prostu teraz wymyślić treść i zapisać ją sobie, a wysłać, gdy tylko wrócę do domku. Naprawdę – chyba wolałabym złamać nogę, ale nie wiem, czy nawet coś takiego by pomogło w mojej sytuacji.


  • RSS