Serce to poetycka nazwa uczuciowości człowieka. Moja uczuciowość wyginęła dawno przed narodzeniem. Moja uczuciowość to jakaś pusta bańka błociana. Moje serce to zgniła bryła. Zacięta bryka, i już nie bryka. Ale nie żeby kiedyś brykało. Kakało.

Ach, Serce moje, tyś Niepokojem! I to tylko niepokojem, niczym innym. Serce, serduszko… żebyś ty raz, tak cichutko… tak… piknęło? Ale nie! O nie! Głucha cisza, cisza tak głucha, że tylko woła ,,słucham?!!!”, a ja słyszę ,,uruchom!!!” i działam. A nikt działać nie każe, przed żadnym ołtarzem. Serce, serdeńko, żyjesz ty? ,,Nie!” – odpowiadasz i milkniesz na kolejne pięć minut.

Serce! Kochanie… no powiedz mi coś pocieszającego, uratuj mnie przed pustką, przed umieraniem powolnym, codziennym. W tym lenistwie, w tej pracy, w tym zachwycie słońcem na blaszce miedzianej, na piesku puchatym… serce…

Ale tyś jest błoto, tyś sromotą, tyś, jeśli pieszczotą, to strutą!!! Serce, ty draniu. Serce…