No to mam dla Was, Czytających, super opcję. Zainspirował mnie serwis zapytaj.onet.pl, a dokładniej pytanie jednej z użytkowniczek:

,,Jeśli moglibyście raz przenieść się w czasoprzestrzeni, w jakich czasach, dacie, chcielibyście wylądować?”

No i ta opcja dla Was: jak będziecie zasypiać, to sobie odpowiedzcie na to jakże niebanalne (wiem…) pytanie. Moja odpowiedź jest taka:

Chciałabym przenieść się do epoki romantyzmu, w okolice pobytu Goethego, Mickiewicza czy Norwida i popatrzeć, jak oni żyli na co dzień, ci nasi wielcy, których znamy tylko z papieru.
Albo – do średniowiecza i popatrzeć na życie codzienne tych ludzi.
A w sumie najmocniej – do starożytności i pooglądać Sokratesa i Platona.
Albo nie! Do 30 roku naszej ery i spotkać Chrystusa, tak po prostu.

I ten ostatni wybór już zostaje. Choć jeszcze może bym grzebała wśród Żydów, gdy prowadził ich Mojżesz albo gdzieś w te okolice. Żywe i prawdziwe postacie z Pisma Świętego, którego słucham, które czytam odkąd pamiętam! Te zalążki, narodziny religii, która stała się jedną z podstaw naszej cywilizacji, oskrobane z naleciałości. Nie wiem, czy coś by się zmieniło, gdybym mogła naprawdę porozmawiać z Chrystusem, czy byłby dla mnie kimś takim jak dla wielu ówczesnych. Czy nie uważałabym Go za szalonego, podważającego długą tradycję Prawa. To znaczy nie uważałabym na pewno, bo znam kontynuację Jego misji i wierzę w nią. Ale przecież nadal bym jakoś tkwiła w swoich relacjach, nadal by były dla mnie ważne, nadal byłabym jak ten młody chłopak, który ma tyle, że boi się to stracić. Więc po co bym tak chciała zobaczyć Chrystusa na żywo, skoro mam wyobraźnię? Może po to, żeby zobaczyć, jak bardzo się mylę…