My – małe lwiątka – zawdzięczamy językowi swego rodzaju oczy i uszy, wzajemne porozumienie, a także przeszłość i przyszłość w głowach –  hulajnogę do przejażdżek po pamięci i samolot do marzeń o tym, co potem. My, małe lwiątka, możemy językiem nazywać, organizować, możemy bawić się nim i tworzyć. Ma swoją historię, która uczy też o ludziach, jacy nim się posługiwali i posługują (choćby klasyczny przykład z nazwami kolorów – w niektórych językach jest ich więcej, a są takie, których użytkownicy nie rozróżniają niebieskiego i zielonego), wsłuchując się w niego, poznajemy narody i siebie nawzajem. My, małe lwiątka, sami jesteśmy językiem, zrośliśmy się z nim tak, że nie umiemy już być odrębni – spróbujcie przestać myśleć. Chyba tylko w momentach wielkiego strachu albo wielkiej rozkoszy, a i wtedy słowa, które przychodzą na myśl, opowiadają jakąś historię.

I my – małe lwiątka – wzgardziliśmy językiem, naszą kochaną lwicą, jedną z lwic Europy, Azji czy Afryki. Lewek bez lwicy staje się rośliną i żyje życiem roślin. Wilcze dzieci przystosowują się do społeczności wilków i nie ma w nich nic ludzkiego. I my – małe lwiątka – nie kochamy lwicy. Po wypowiedzi językoznawcy w telewizji mówię mamie: to, co się mówi o języku to historia o tym, w jaki sposób myślimy. A mama, tak ubawiona urokiem profesora, wzgardziła moim zachwytem, wzgardziła naszą lwicą. Lwica ryczy z bólem i podaje lwiątkom mięso zabitej gazeli.