perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2014

No to mam dla Was, Czytających, super opcję. Zainspirował mnie serwis zapytaj.onet.pl, a dokładniej pytanie jednej z użytkowniczek:

,,Jeśli moglibyście raz przenieść się w czasoprzestrzeni, w jakich czasach, dacie, chcielibyście wylądować?”

No i ta opcja dla Was: jak będziecie zasypiać, to sobie odpowiedzcie na to jakże niebanalne (wiem…) pytanie. Moja odpowiedź jest taka:

Chciałabym przenieść się do epoki romantyzmu, w okolice pobytu Goethego, Mickiewicza czy Norwida i popatrzeć, jak oni żyli na co dzień, ci nasi wielcy, których znamy tylko z papieru.
Albo – do średniowiecza i popatrzeć na życie codzienne tych ludzi.
A w sumie najmocniej – do starożytności i pooglądać Sokratesa i Platona.
Albo nie! Do 30 roku naszej ery i spotkać Chrystusa, tak po prostu.

I ten ostatni wybór już zostaje. Choć jeszcze może bym grzebała wśród Żydów, gdy prowadził ich Mojżesz albo gdzieś w te okolice. Żywe i prawdziwe postacie z Pisma Świętego, którego słucham, które czytam odkąd pamiętam! Te zalążki, narodziny religii, która stała się jedną z podstaw naszej cywilizacji, oskrobane z naleciałości. Nie wiem, czy coś by się zmieniło, gdybym mogła naprawdę porozmawiać z Chrystusem, czy byłby dla mnie kimś takim jak dla wielu ówczesnych. Czy nie uważałabym Go za szalonego, podważającego długą tradycję Prawa. To znaczy nie uważałabym na pewno, bo znam kontynuację Jego misji i wierzę w nią. Ale przecież nadal bym jakoś tkwiła w swoich relacjach, nadal by były dla mnie ważne, nadal byłabym jak ten młody chłopak, który ma tyle, że boi się to stracić. Więc po co bym tak chciała zobaczyć Chrystusa na żywo, skoro mam wyobraźnię? Może po to, żeby zobaczyć, jak bardzo się mylę…

 

My – małe lwiątka – zawdzięczamy językowi swego rodzaju oczy i uszy, wzajemne porozumienie, a także przeszłość i przyszłość w głowach –  hulajnogę do przejażdżek po pamięci i samolot do marzeń o tym, co potem. My, małe lwiątka, możemy językiem nazywać, organizować, możemy bawić się nim i tworzyć. Ma swoją historię, która uczy też o ludziach, jacy nim się posługiwali i posługują (choćby klasyczny przykład z nazwami kolorów – w niektórych językach jest ich więcej, a są takie, których użytkownicy nie rozróżniają niebieskiego i zielonego), wsłuchując się w niego, poznajemy narody i siebie nawzajem. My, małe lwiątka, sami jesteśmy językiem, zrośliśmy się z nim tak, że nie umiemy już być odrębni – spróbujcie przestać myśleć. Chyba tylko w momentach wielkiego strachu albo wielkiej rozkoszy, a i wtedy słowa, które przychodzą na myśl, opowiadają jakąś historię.

I my – małe lwiątka – wzgardziliśmy językiem, naszą kochaną lwicą, jedną z lwic Europy, Azji czy Afryki. Lewek bez lwicy staje się rośliną i żyje życiem roślin. Wilcze dzieci przystosowują się do społeczności wilków i nie ma w nich nic ludzkiego. I my – małe lwiątka – nie kochamy lwicy. Po wypowiedzi językoznawcy w telewizji mówię mamie: to, co się mówi o języku to historia o tym, w jaki sposób myślimy. A mama, tak ubawiona urokiem profesora, wzgardziła moim zachwytem, wzgardziła naszą lwicą. Lwica ryczy z bólem i podaje lwiątkom mięso zabitej gazeli.


  • RSS