Hej, a co jeśli miłość nie istnieje? To znaczy – z wielu dziwnych współ-refleksji nie mogłabym wysnuć takiego wniosku – bardziej, że jest i że jest wszędzie, że jest najbardziej naturalna i najbardziej tajemnicza, zresztą chyba podobnie jak wszystko, co zachodzi w człowieku i między ludźmi, podobnie jak naturalnie przykre i niepojęte są samotność i wycofanie.

Moje pytanie bardziej odnosi się do sytuacji, w której chłopak kocha dziewczynę, a dziewczyna chłopaka. Wiem, że w ten sposób dużo ujawniam o sobie, ale trudno – czy w ogóle może istnieć sytuacja, w której każde z nich podziwia tę drugą osobę i wierzy jej? Kiedy robią coś dla siebie, mniej więcej równomiernie? Może właśnie nic nie ujawniam, bo z tego, co się nasłuchałam, naczytałam, to zwykle pojawia się któryś z wielu problemów, jak nie ten, to inny. Więc pytanie – jak często to się udaje? Kiedy, jak w „Pierwszej miłości” Kieślowskiego, można powiedzieć, że źle jest przez piętnaście minut, a głównie dobrze – i jest coś, co ich zespala, trzyma, nie pozwala odejść, wsuwa dłoń w dłoń…

Czy taka miłość istnieje?