Chociaż na ogół bardzo dbam o to, żeby nie podobało mi się, to, co „wszystkim”, tym nie wyszło. Chociaż pierwsze słowa, jakie wreszcie powiedziałam na temat baletu to było coś w stylu „trochę mgły, kilka symboli na krzyż i nieuważny taniec”, to jednak nie mogłam zaraz potem nie włączyć się w ogólną falę zachwytu i entuzjazmu, jakiej poddała się sala Moniuszki. Były nawet wiwaty, czego nie spodziewałabym się na „poważnym” przedstawieniu, a było takie w istocie, mimo że łatwość, z jaką się je odbierało mogła raczej prowadzić na inny trop.
Nie zamierzam tu niczego dokładnie opisać, chcę jedynie spróbować uchwycić to, co tak bardzo mnie ujęło (wzajemny uścisk). Rzeczywiście, były symbole, same symbole i trudno czego innego spodziewać się po balecie, jednak tutaj były tak dostojne i oczywisto-enigmatyczne, jakbyśmy cofnęli się do średniowiecznych przedstawień towarzyszących liturgii.
Oglądając, miałam refleksję, że właściwie przedstawienie taneczne jest IDEALNĄ FORMĄ sztuki. Wydarzenia pozostają gdzieś z tyłu, a odbiorcy przekazywane są PIĘKNE (taniec!!!) emocje, jakie przeżywają bohaterowie. Widz SAM SIĘ DOMYŚLA i bierze do siebie TO, CZEGO POTRZEBUJE. A jak cudowne, wspaniałe musi być poznanie prawdziwej, wielowarstwowej interpretacji, która wcale nie musi być dopowiedziana! Widoczna jest wtedy myśl autora, brakuje tylko tego uroku, jakie niosą wspaniale ułożone słowa, brakuje melodii samego języka, który jest nieodłączny cywilizacji, nieodłączny człowiekowi. (Tu uśmiecha się teatr ze słowem. Do podobnych wniosków doszedł chyba Wyspiański i trudno odmówić niesamowitości ostatnim scenom „Wesela”! Jednak czy bezpośrednie przemawianie do myśli i rozumu podczas czytania nie jest także potrzebne?)
W „Procesie” Kafki była opisana brama prawa, zamknięta brama, przez którą nie można było przejść. Na „I przejdą deszcze” też była brama. Potężna, za którą wisi otchłań, OTWARTA.
I przechodzimy przez nią, mgła, chmury, są coraz gęstsze. I widzimy, co dzieje sie POD POWIERZCHNIĄ ZDARZEŃ, widzimy, CHODZIMY (inni tancerze, w zwykłych ubraniach) między tymi, których zwykle nie widać. I teraz popiszę się ignorancją (chociaż w tym częśc uroku symboli), bo naprawdę nie jestem pewna znaczenia tego, co działo się na scenie. Trochę światła rzucało na to ubranie tancerzy – byli „czarni” (z zachwycająco wyrzeźbionymi klatkami piersiowymi, które mogły nieco odciągnąć od gry idei) i „biali”, w powiewnych szatach, między którymi wyróżniał się jeden, w olśniewająco białych spodniach i dłuższymi ciemno-blond włosami. Później nadeszli też „niebiescy” i „brązowi”. Czarni niewątpliwie odgrywali negatywną rolę, szarpiąc w końcu wszystkich (też „najbielszego”, sprawiając, że upadł, ale potem ożywił też innych). „Najbielszy” był na pewno skrajnie pozytywny, tak bardzo, że zanim jeszcze sie tego domyśliłam, zanim chór zaśpiewał „Deus” (bo był i chór!), uśmiechnęłam się do niego z drugiego rzędu.
Przy grze „czarnych” byłam zafascynowana i nie lubiłam już aż tak „najbielszego”. A potem, z czym zgodziła się i Ania, na scenie pojawili się ktoś jak Adam i Ewa, zwłaszcza że wcześniej czy potem wyświetlono z tyłu po protu DRZEWO. W ich tańcu najbardziej była widoczna owa „niedokładność” i wrezcie zaczęłam być przekonana, że jest zamierzona. Tancerze jakby przystawali, jakby niezgrabnie unosili się. Ona miała jakby zasłonięte oczy, jakby nie umiała z nim tańczyć, ale on jakby wybaczał, wreszcie otworzyła je, a on był jak niewidomy. Obrzydliwy, nieporadny, w stroju, który mi się nie podobał – obcisłych cielistych szortach (byli „nadzy”…). Wokół stali „czarni”. Ona dosłownie popychała jego nogi, krok za krokiem, prosto na nich…
A wtedy… zabrali ją do piekła. Po prostu, nagle wszystko było dla mnie jasne. Tańczyła wiła się w strasznych płomieniach, długo, bez końca. Nie było ratunku. On stał bezradny i pełen rozpaczy, a potem, gdy ją zabrano, przeszedł bezpieczny między szeregami „czarnych”. Czułam fizyczny ucisk, bo wcześniej beztrosko utożsamiłam się z kobietą. Mimo wszystkich myśli, które miałam ostatnio w kierunku wyzwolenia się ze schematów, z myślenia w kategoriach kara-nagroda, teraz czułam je w całej pełni, i czułam, że nie są tylko moje…!
A wtedy… wtedy stało się coś, coś związanego z „najbielszym” i deszczem, właśnie nie pamiętam, co. I z muzyką, bo poczułam AUTENTYCZNĄ NADZIEJĘ.
I jeszcze kilka było takich momentów, gdzie uwaga była skupiona na którymś „dwojgu”, jednak to „taniec cielistych” zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, i , niestety, nie tylko na mnie.
Ale „wszyscy” to też ja, i jakiekolwiek były procesy w całej Europie, które doprowadziły do tego, że nie czuję się zbyt „niekomfortowo” będąc egiostką, samotną wyspą, która jest do tego mniej niż inni samodzielna, wolałabym jak najszybciej zauważyć, że bycie odrębnym nie jest wartością. Oczywiście dobrze jest pozostać samotnym, jeśli „wszyscy” są na premierze jakiejś lewej komedii (bez smaku i sensu), jednak chyba lepiej z kimś porozmawiać o tej komedii niż bezwolnie leżeć, czekając aż wady i kompleksy same odfruną, podrywając mnie z uprzejmości do góry.

Chociaż na ogół bardzo dbam o to, żeby nie podobało mi się, to, co „wszystkim”, tym razem nie wyszło. Chociaż pierwsze słowa, jakie wreszcie powiedziałam na temat baletu, to było coś w stylu „trochę mgły, kilka symboli na krzyż i nieuważny taniec”, to jednak nie mogłam zaraz potem nie włączyć się w ogólną falę zachwytu i entuzjazmu, jakiej poddała się sala Moniuszki. Były nawet wiwaty, czego nie spodziewałabym się na „poważnym” przedstawieniu, a było takie w istocie, mimo że łatwość, z jaką się je odbierało mogła raczej prowadzić na inny trop.

Nie zamierzam tu niczego dokładnie opisać, chcę jedynie spróbować uchwycić to, co tak bardzo mnie ujęło (wzajemny uścisk). Rzeczywiście, były symbole, same symbole, i trudno czego innego spodziewać się po balecie, jednak tutaj były tak dostojne i oczywisto-enigmatyczne, jakbyśmy cofnęli się do średniowiecznych przedstawień towarzyszących liturgii.

Oglądając, miałam refleksję, że właściwie przedstawienie taneczne jest IDEALNĄ FORMĄ sztuki. Wydarzenia pozostają gdzieś z tyłu, a odbiorcy przekazywane są PIĘKNE (taniec!!!) emocje, jakie przeżywają bohaterowie. Widz SAM SIĘ DOMYŚLA i bierze do siebie TO, CZEGO POTRZEBUJE. A jak cudowne, wspaniałe musi być poznanie prawdziwej, wielowarstwowej interpretacji, która wcale nie musi być dopowiedziana! Widoczna jest wtedy myśl autora, brakuje tylko tego uroku, jakie niosą wspaniale ułożone słowa, brakuje melodii samego języka, który jest nieodłączny cywilizacji, nieodłączny człowiekowi. (Tu uśmiecha się teatr ze słowem. Do podobnych wniosków doszedł chyba Wyspiański i trudno odmówić niesamowitości ostatnim scenom „Wesela”! Jednak czy bezpośrednie przemawianie do myśli i rozumu podczas czytania nie jest także potrzebne?)

W „Procesie” Kafki była opisana brama prawa, zamknięta brama, przez którą nie można było przejść. Na „I przejdą deszcze…” też była brama! Potężna, za którą wisi otchłań, OTWARTA.

I przechodzimy przez nią, mgła, chmury, są coraz gęstsze. I widzimy, co dzieje się POD POWIERZCHNIĄ ZDARZEŃ, widzimy, CHODZIMY (inni tancerze, w zwykłych ubraniach) między tymi, których zwykle nie widać. Naprawdę nie jestem pewna znaczenia tego, co działo się na scenie. Trochę światła rzucało na to ubranie tancerzy – byli „czarni” (z zachwycająco wyrzeźbionymi klatkami piersiowymi, które mogły nieco odciągnąć od gry idei) i „biali”, w powiewnych szatach, między którymi wyróżniał się jeden, w olśniewająco białych spodniach i z dłuższymi ciemno-blond włosami. Później nadeszli też „niebiescy” i „brązowi”. „Czarni” niewątpliwie odgrywali negatywną rolę, szarpiąc w końcu wszystkich (też „najbielszego”, sprawiając, że upadł, ale potem ożywił też innych). „Najbielszy” był na pewno skrajnie pozytywny, tak bardzo, że uśmiechnęłam się do niego z drugiego rzędu.

Przy grze „czarnych” byłam zafascynowana i nie lubiłam już aż tak „najbielszego”. A potem, z czym zgodziła się i Ania, na scenie pojawili się ktoś jak Adam i Ewa, zwłaszcza że wcześniej czy potem wyświetlono z tyłu po prostu drzewo. W ich tańcu najbardziej była widoczna owa „niedokładność” i wreszcie zaczęłam być przekonana, że jest zamierzona. Tancerze jakby przystawali, jakby niezgrabnie unosili się. Ona miała jakby zasłonięte oczy, jakby nie umiała z nim tańczyć, ale on jakby wybaczał, wreszcie otworzyła je, a on był jak niewidomy. Nieporadny, w stroju, który mi się nie podobał – obcisłych cielistych szortach (byli „nadzy”…). Wokół stali „czarni”. Ona dosłownie popychała jego nogi, krok za krokiem, prosto na nich…

wtedy… zabrali ją do piekła. Po prostu, nagle wszystko było dla mnie jasne (nawet, jeśli tylko dla mnie). Tańczyła, wiła się w strasznych płomieniach, długo, bez końca. Nie było ratunku. On stał bezradny i pełen rozpaczy, a potem, gdy ją zabrano, przeszedł bezpieczny między szeregami „czarnych”. Czułam fizyczny ucisk, bo wcześniej beztrosko utożsamiłam się z kobietą. Mimo wszystkich myśli, które miałam ostatnio w kierunku wyzwolenia się ze schematów, z myślenia w kategoriach kara-nagroda, teraz czułam je w całej pełni, i czułam, że nie są tylko moje…!

A wtedy… wtedy stało się coś, coś związanego z „najbielszym” i deszczem, właśnie nie pamiętam, co. I z muzyką, bo poczułam AUTENTYCZNĄ NADZIEJĘ.

I jeszcze kilka było takich momentów, gdzie uwaga była skupiona na którymś „dwojgu”, jednak to „taniec cielistych” zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, i , niestety, nie tylko na mnie.

Ale „wszyscy” to też ja, i jakiekolwiek były procesy w całej Europie i na świecie, i w mojej rodzinie, które doprowadziły do tego, że nie czuję się zbyt „niekomfortowo” będąc egoistką, samotną wyspą, która jest do tego mniej niż inni samodzielna, wolałabym jak najszybciej zauważyć, że bycie odrębnym nie jest wartością. Oczywiście dobrze jest pozostać samotnym, jeśli „wszyscy” są na premierze jakiejś lewej komedii (bez smaku i sensu), jednak chyba lepiej z kimś porozmawiać o tej komedii niż bezwolnie leżeć, czekając aż wady i kompleksy same odfruną, podrywając mnie z uprzejmości do góry.