perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2012

Dzisiaj ostatni dzień roku. Spędzam go ze Stedem, a dokładniej z jego listami do Danuty Pawłowskiej, jego ostatniej przedśmiertnej miłości. Za tę śmierć go pokopałam, za śmierć i refleksje, które do niej doprowadziły, wpędzając przy tym w przykry stan adresatkę listów i całunków, ale za listy go pokochałam. Zwłaszcza, gdy napisał w czwartek, 26 lutego 1976 roku: ”(…)ale miałem noc. Febra, trzęsionka, gorączka i halucynacje. Niesamowite. Cały mokry byłem i taki słaby, że nie mogłem się poruszyć. Przesilenie widocznie. Przytuliłem do siebie Paszczaka i jakoś przetrwałem.” Bo nosił ze sobą maskotkę.

Stachurek pisze często o miejscach mi znanych, chyba że podróżuje, więc w sumie nie bardzo często. I jeszcze jeździ często na łyżwach, ma ciekawe obserwacje i miłe spontaniczne przemyślenia, co bardzo kojarzy mi się z moimi wspomnieniami. I widzę, jak to wszystko pisane palcem na wodzie. Jak to wszystko niepewne i pragnące pewności, wizualizujące sobie pewność, żyjące pewnością, której nie może być, a która jednak coś stwarza – jakiś niepewny świat, który chce wchodzić w wieczność. I zaraz będzie nowy rok, a Edward jest bardzo ostateczny w każdej minucie. Bardzo uważny, bardzo ważny i wszystko, co widzi i robi jest ważne. Pisze ciepłe, wspaniałe rzeczy, stwarza szybciej niż ktokolwiek może się zorientować. Czegoś nie było, a zaraz coś jest i może nawet trwać, bo on w to uwierzył, wypragnął to sobie. I nagle poznaje osobę, która może też w to uwierzyć, może dzielić jego stwarzany świat. Ale ta osoba czuje się coraz gorzej, bo nie może już sama niczego stworzyć…

Na jednym zdjęciu stoi obok swojej wybranej i w okamgnieniu wszystkie zarzuty pryskają, i jest tak, jak pisał: „Bo tu nie ma słów. Byłem jak duch, a żyłem jak sześciu najżywszych i pracowałem jak dwunastu najpracowitszych, i wędrowałem, i padałem, i wstawałem, i dalej wędrowałem, i wołałem cicho, i wyłem dziko, nasłuchując, czy odezwie się Echo: ta córka eteru, Ty córka eteru.”

Biedny Sted. Biedny i inspirujący, i zachęcający mnie, podglądaczkę, żeby pisać i pracować pisząc.

2 komentarzy

Wracając z uczelni, szalałam kilkoma autobusami, a potem wysiadłam tak, żeby spokojnie przejść przez całe osiedle. Mieszkam tu, a tak, jakbym nie mieszkała. Szłam, szłam ścieżynkami asfaltowymi i chodnikami międzytrawnymi. Szłam i szłam. I cieszyłam się. Spomiędzy gałęzi ptak śpiewał wzruszająco, radośnie. Żadne liście nie przeszkadzały i zobaczyłam… chyba rudzika, przynajmniej tę nazwę usłyszałam w głowie. Nie zwróciłabym może uwagi na to, ile uroku jest w blokach i drzewach, gdyby nie śnieg. Pokrył wszystko, jasny, biały, świeży. Zwierzęta były na nim tak niewinne… małe czarne kawki, dwa gawrony, które nie umiały się pocałować, ale próbowały, wróbelki skaczące po schodach i gałęziach. I dwa malutkie yorki, jeden z zieloną, drugi różową obrożą.

A potem zobaczyłam małego chłopca z wielkim tornistrem, który wytrwale deptał nierówności śnieżne i pomyślałam, że on cieszy się śniegiem samym w sobie, przypomniałam sobie, co to za szczególne rozkosz, nadepnąć na biały pagórek, który rozchodzi się pod butem, śliski, chrząski, skrzypiący lub właśnie jedwabisty.

I pomyślałam, że śnieg i gawrony to właśnie szczęście. Jakieś szczęście, nie wiem jakie, może wystarczające na chwilę, a może w każdej chwili, jako wdzięczność…


  • RSS