To była kolejna sytuacja, w której nie działałam sama. Kto był partnerem? Nie wiem. Jego ręką było moje przeczucie.

Zrobiłam sobie dwa warkocze i posadziłam na nich czapkę. Wyglądałam niewinniej i młodziej niż zwykle, zwłaszcza że nie pomyślałam nawet o makijażu. Czapka zasłoniła wybrzuszenia przy brwiach, które świadczą o skłonnościach do negatywnych emocji i bardzo mnie martwią. Wsiadłam na rower i poczułam fizyczną ulgę, gdy zmartwienia zostały z tyłu. Miałam zamiar pojechać nad Wisłę, usiąść na powalonym pniu i czytać wiersze. Takie romantyczne sposoby na pustkę.

Ale ręka chciała inaczej. Czułam, że muszę jechać w przeciwnym kierunku. Nie przyjęłam tego z entuzjazmem, bo droga, obok której znajdowała się ścieżka rowerowa, była tak głośna, że nigdy nie jechałam nią długo, skręcając przy pierwszej okazji. Tym razem jednak byłam ciekawa. I szybka. Dojechałam do skromnej sieci betonowych tunelów. Przejechałam przez jeden z nich i zobaczyłam, że mam do wyboru trzy czy cztery kolejne, zupełnie równorzędne. Od początku wiedziałam, przez który mam przejechać.

Tak trafiłam do torów kolejowych. Nie miałam najmniejszego pojęcia, że są tak blisko! W pewnej odległości od nich siedziała kobieta, krzycząca co i raz ten sam wyraz, którego nie rozumiałam. Pomyślałam, że to dziwne miejsce. Przekroczyłam tory, schodząc przedtem z roweru, żeby nie skakać na koleinach. Zatrzymałam się na odpoczynek i doładowanie sobie konta komórkowego.

Wtedy, jak w horrorze, zobaczyłam jak krzycząca kobieta, zataczając się, powoli przekracza tory. Była szczupła, niska, miała krótkie włosy i olbrzymią dziurawą reklamówkę z tylko jedną chyba butelką. Makijaż jej się rozmazał – spłynął z oczu dwoma kreskami. Spodnie z tyłu były całkiem mokre. Wciąż krzyczała to samo słowo. Teraz już rozpoznałam w nim wulgaryzm. Poza tym zaczepiała mijanych ludzi, prosząc o coś niewyraźnie. Szła szybko jak na osobę, która niedawno wyglądała, jakby nie mogła się ruszyć. Wiedziałam, dokąd idzie. Miałam ochotę uciec, ale czułam nieracjonalną pewność, że i tak mnie dogoni! Już zakładałam plecak, postanawiając odpocząć gdzie indziej, ale zmieniłam zdanie, gdy była może dziesięć kroków ode mnie. Chyba nie chciałam okazać się tchórzliwa. To przez kronikę Galla Anonima. Szlachetni ludzie nigdy nie uciekali…

Zrobiła sobie przystanek przy moim rowerze. Rozsiadła się na trawie i mówiła coś do mnie. Czułam, żeby nie patrzeć jej w oczy. Zamknęłam swoje i modliłam się o rozsądek. Wciąż trzymałam w ręku komórkę. Wreszcie postanowiłam wezwać pogotowie. Nie wiem czemu. Chyba dlatego, że czytałam akurat „Lot nad kukułczym gniazdem” i wmówiłam sobie, że ta kobieta jest chora psychicznie. Poza tym w mokrych spodniach musiało być jej bardzo zimno – jesień…

Zdziwiłam się, że wszystko poszło tak łatwo. Musiałam tylko czekać, aż przyjadą.

Tylko czekać…

  • Umieram…

„Nie patrz na nią.” Wiedziałam, że nie muszę o nic pytać i niczego się bać. Jakaś kobieta przeszła obok mówiąc, że siedząca jest też chora na epilepsję i żebym powiedziała to pogotowiu. Ktoś jeszcze przystanął i rzucił, że zawsze tu chodzi. Przeszła pani z wózkiem, która mogłaby być wzorem do naśladowania w jakimś małym dziewiętnastowiecznym miasteczku, siwa i uprzejma, mająca w oczach siłę dobroci. W wózku spało malutkie śliczne dziecko. Powtórzyła informację, że „ta kobieta” pojawia się tu często, a dziś chodzi przy dworcu przynajmniej dwie godziny. Zaczęła ze mną pogawędkę. Musiałam wyglądać tak jak się czułam – czyli bezradnie – bo powiedziała, że może ze mną zaczekać.

  • Nie chcę pani zatrzymywać…

  • Nie, nie… wie pani… to pięknie, że pani zadzwoniła po karetkę, ale wydaje mi się, że mogą jej po prostu nie wziąć. Myślę, że teraz karetka może być potrzebna bardziej gdzie indziej, ale już trudno. Poczekam, żeby nie miała pani problemów. Dopóki mała śpi…

Spojrzałyśmy na wózek. Dziecko otworzyło wspaniałe niebieskie oczy.

  • … albo prawie śpi i nie dopomina się o jedzenie, nie musimy jechać do domu. No co, maleńka? Nie ma na co patrzeć, prawda? Niektórzy na własne życzenie doprowadzają się do takiego stanu…

Siedząca na trawie kobieta musiała być bardziej świadoma niż wyglądała:

  • Jaktonawasneżyenie? Ja… ocham mamę… tatę…
  • No tak – odpowiedziała zdecydowanie jasna pani – i to żeby kobieta… znajomy leżał tak upity dzień w dzień… aż pies na niego nasikał. Dopiero wtedy zapisał się sam na leczenie…

Szalona kobieta zaśmiała się krótko i beztrosko. Pani z wózkiem popatrzyła na nią z naganą.

  • Pani też powinna iść na leczenie w zamknięciu. Nie ma tu innego wyjścia.

  • Nie… o nie!

Zaczęła podnosić się. Przestraszyłam się, że odejdzie i będę musiała znów dzwonić na karetkę. Ale ona tylko wyciągnęła w moją stronę drżącą rękę:

  • Daj mi… daj mi…

Trzęsła ręką coraz mocniej. Ale nie bałam się. Jeśli miała w sobie coś z nędzy, było to pogodne. Nie była zgorzkniała. Nie musiałam się jej bać.

  • Daj mi… proszek.

Spomiędzy pomarszczonych powiek z resztą makijażu wyglądały jasnozielone oczy. Przewróciła się z powrotem do pozycji półleżącej, zapatrzyła w dal i jęknęła z prostotą:

  • Ja nie mam… z kim… porozmawiać.

Zrobiło mi się okropnie przykro. Ale nie potrafiłam zdobyć się na żadne słowo.

  • I dlatego pani pije? - spytała pani z wózkiem

  • Nie…

Zaczęła wstawać, trzymając się mojego roweru. Złapałam go, żeby się nie przewrócił. Odeszła w stronę torów. Postanowiłyśmy – miła pani i ja – czekać na karetkę i powiedzieć, gdzie jest uciekinierka.

  • Daleko nie pójdzie. O, przewróciła się – komentowała kobieta – największym zagrożeniem jest dla kolei… jak wpadnie pod pociąg…

Zapadła cisza. Zaczęłam żałować, że wezwałam karetkę. W tym momencie podeszła do nas jakaś jasnowłosa kobieta. Była dość tęga, a w twarzy miała przede wszystkim pokorę. Trzymała w ręku modlitwę do Matki Bożej, przyciskała ją do piersi. Patrzyłam na nią, ze względu na panią z wózkiem czując się zwolniona z obowiązku reakcji, i starając się dociec, co to za człowiek.

  • Może panie będą miały chwilę?

Mówiła szybko, zauważyłam jeden pożółkły ząb, ale twarz z czasem wydawała mi się coraz bardziej sympatyczna, szczera i niesamowicie już pokorna.

  • Ja muszę powiedzieć, że wygląda, że jest wszystko dobrze, ale w moim życiu było mnóstwo grzechów…

Milczałyśmy. Patrzyłam na nową towarzyszkę.

  • Ja… w dzieciństwie…

I zaczęła wymieniać, jeden po drugim, swoje grzechy, nie opisując szczegółów, a tylko wymieniając prędko rodzaje.

  • Ale… – przerwała niezawodna pani z wózkiem – dlaczego pani to robi? Tak się otwierać przed obcymi… ja nie wiem, czy to dobrze.

  • To jest moja pokuta…

  • Ale my nie możemy pani pomóc. Proszę iść do spowiedzi… może pani pomóc tylko Kościół.

  • Byłam już u spowiedzi… tak… i mam pokutę – i zamilkła, jakby zawstydzona.

Zauważyłyśmy karetkę.

  • Przepraszam, wezwałyśmy tą karetkę – powiedziała pani i skierowała wózek w stronę ambulansu.

Jasnowłosa kobieta uśmiechnęła się ze zrozumieniem.

Z samochodu wysiadł ratownik. Zaczęłam wyjaśniać, co się stało, kiedy pani z wózkiem powiedziała, że ona wszystko powie. I powiedziała wszystko, na koniec tylko zdążyłam dodać, że „poszkodowana” podobno ma epilepsję.

Zza ogrodzenia torów patrzyłyśmy, jak dwaj ratownicy, a potem jeszcze dwóch mężczyzn ze straży miejskiej stoją nad biedną i mówią coś do niej. Poczułam się jak zdrajczyni, widząc tak okrążoną wariatkę, która chciała tylko…

Pożegnałyśmy się życzliwie – pani z wózkiem i ja. Odjechałam. Minęłam kobietę z modlitwą do Maryi. Uśmiechnęła się do mnie sympatycznie.