perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2011

Starówka w deszczu. Kamienie lśniące mżawką i latarniami. Depczę po nich. Idę do czytelni naprzeciw katedry. Dostojne wnętrze, któremu nie odbierają staroświeckości nawet komputery pod ścianą! Przy stole wysmukły mężczyzna w średnim wieku o rysach tak niesamowitych, tak wyostrzonych tajemną wiedzą i pradawnością, tak nietypowych i nieziemskich, że uspokajam się i zapominam na chwilkę o wszystkim, co mnie spotkało i kiedykolwiek spotka. Dzwony zaczynają podnosić swoje wysokie „szesnasta!”. Przy jednym z pięknych stołów, pod zapaloną lampą, wśród książek i notatników śpi dziwczyna. Przy innym stole starszy pan z książką szeptem mówi do siebie numery stron.
Poza tym nie ma nikogo w niezwykłej czytelni starówkowej.
Wiatr i zewsząd dochodzący odgłos kroków.
Stukotanie w jakiejś maszynerii za szybkiej na zegar ścienny.

Około czterdzistu pięciu zwyczajnych imion pod poduszką: Paweł, Zdzisław, Eustachy, Kamil… poza dwoma. Jak zwykle po przebudzeniu nie losuję, bo zapominam. Gdy widzę na biurku resztki wycinek, przypominam sobie wreszcie i wkładam łapę pod poduszkę. Wyciągam. „Ohoho! Jej!”
„Faun”!
Mój ukochany:

Niesamowity dzień. Umyłam niemytą x godzin (żeby nie było że miesięcy, o nie…) podłogę w kuchni! Następnie niemytą x dni (wcale nie miesięcy!) wannę i jeszcze umywalkę, i nawet… nawet ręce umyłam. Swoim zwyczajem podśpiewywałam, tym razem:
Błogosławiona bądź łaźnia-boginia
Kąpiel ty jesteś śródziemna malina
Bardzo radośnie minęło trochę czasu z mamą. Pisałam jeszcze wypracowanie, ale to blog nie pamiętnik, miałam pisać o pająkach.
Zatem: myłam podłogę w kuchni, zwracając się z uczuciem do łaźni, już kończyłam, gdy nagle…
Nagle spod szafki wybiegł brązowy delikatny pajączek, niewinny, nieświadomy zagrożenia i zdezorientowany. Patrzyłam na niego kilka sekund, po czym krzyknęłam „A.” i odrzuciłam od siebie ścierkę. Tak było. Wzięłam ją potem w dwa palce i otrzepałam, a pajączek tymczasem uciekł z powrotem pod szafkę.
Pająki uciekają ostatnie… Pająki uciekają ostatnie, bo muszą być pewne, że tutaj nie ma dla nich miejsca.

No i króliki! Widziałyśmy czarnego królika. Kto opisze jego miękkie ciepłe futerko, spod którego ledwo wystają końcówki tylnych łapek, gdy leży na boku, mrużąc oczy, gotowy na dotyk dłoni, która uciszy jego bezdomne drgnienia i oswoi wietrzną dzikość małego serca?

Chciałabym wymienić pająki na króliki
Prawda, że korzystna wymiana? Prawda?

Epoki

1 komentarz

Epoki literackie w wielkim skrócie:
Pozytywizm – patrząc realistycznie, mamy wielkie szanse na rozwój, rodacy! Tylko nie pomijajmy nikogo.

- Jakiej zmiany? – spytał mrówkojad.
- Mrówkojadzie, wszystko oceniam po pozorach, ufając przypadkowi, który sprawi, że moja ocena będzie trafna.
Odszedł kilka kroków od jaskini w moją stronę i podniósł w zamyśleniu głowę. Szlaczek złotego liścia dębu opadł mu na nos.
- Co w ten sposób oceniasz? – dopytał się, pozbywając się gościa.
- Wszystko! Dzieła literackie, ludzi, swoją własną sytuację… mam wrażenie, że racja jest po mojej stronie, a potem dowiaduję się, że jest prawda większa i prawdziwsza. Choćby „Proces” Kafki…
- Co z nim?
- Myślałam, że to po prostu taki absurd, symbolizujący ludzką nieporadność, może trochę zagięła mnie scena w katedrze… a tu sto interpretacji. Żeby do nich dojść, należy znać różne czynniki, jak biografię Kafki, orientować się w różnych wydarzeniach, jakie spadły na ówczesny świat i po prostu więcej myśleć, uważniej czytać… Jestem załamana. W ten sposób łatwo nie tylko o niedopowiedzenia, ale i o kompletny fałsz. Nawet teraz, mówiąc do Ciebie, mam świadomość braków, niedopatrzeń… Co robić, mrówkojadzie?
- Hmm. A jak według ciebie wyglądam?
- Masz wydłużoną głowę zakończoną nosem i ustami, śmieszne, prawie ludzkie uszka, duży tułów i masywne nogi. Masz długi ogon pełen futerka. Jesteś trochę zabawny, ale mimo to dostojny.
- A skąd to wiesz?
- Google.
- Otóż to. Jesteś zbyt niecierpliwa, za szybko się zadowalasz byle czym. Żeby mnie naprawdę poznać, żeby mówić do mnie, należałoby przeczytać o mnie w książce o zoologii, spotkać mnie w zoo, dowiedzieć się, jak nazywają się poszczególne części mojego ciała…
- A nie mogę tak intuicyjnie, tak jakbym dopiero co cię zobaczyła? Używając takiego języka jakim dysponuję? Nie mogę patrzeć na zdjęcie i wyobrazić sobie, że spotykam cię w jaskini?
- Skąd wiesz, że w jaskini?
- Nie wiem…
- Oczywiście, że możesz, ale lepiej wiedzieć o mnie więcej, a potem ukryć tę wiedzę niż zrobić jakiś fatalny błąd. Przyznaj, że to logiczne!
- Nie dla mnie. Nie chcę na to tracić czasu.
- Niczego nie zbudujesz z niczego. Chcesz o mnie pisać, musisz o mnie wiedzieć. Chyba że to nie ma być profesjonalne tylko takie ot. Chyba że mam być jakimś fantastycznym mrówkojadem, który nim naprawdę nie jest.
- Rozumiem. Więc ty bądź fantastycznym mrówkojadem, bo spotkałam cię w jaskini…
- I…?
- I?
- I dlatego, ze mówię!
- I dlatego że mówisz, a o dziełach literackich, ludziach i sytuacjach będę się wypowiadać dopiero, gdy je dogłębnie poznam… ale tyle trzeba zawsze wiedzieć… zaczynam sprawdzać, co to konwencja literacka, a już muszę sprawdzić, czy dobrze rozumiem słowo „egzystencjalizm”.
- Bo trzeba w tym siedzieć! – zakończył zniecierpliwiony już mrówkojad i wycofał się do jaskini, prychając bezwstydnie fantastycznie.

Przypadków nie ma, przynajmniej jeśli się na to odpowiednio patrzy i chce się widzieć przeróżne związki przyczynowo-skutkowe!
W tym miejscu następuje przyjazny przełom w życiu autorki bloga. Jak zaznaczyłam już w kwietniu, na początku pisania tutaj, wybrałam medycynę, ponieważ nie mogłam wybrać polonistyki, a przynajmniej nie potrafiłam tego zrobić. Pewnego rodzaju horror trwał dość długo, przy czym jestem świadoma jego skali…
Walczyłam z mamą, a właściwie pewnie ze sobą.
Ostatnio byłam u pani psycholog. Zauważyła, jaki jest mój stosunek do medycyny i jaki do polskiego. Poradziła mi wybranie tego bardziej pociągającego kierunku. Od razu dałam się przekonać, a późniejsze wahanie, które tylu ludziom już zaszkodziło było mniejsze niż za poprzednimi razami.
Z pomocą zaczęłam robić starania żeby odnaleźć się w tym nowym świecie.
Tak się złożyło (pierwszy przypadek), że przedwczoraj mama dowiedziała się ode mnie o mojej decyzji. Była… niezadowolona. Nic dziwnego. Obudziłam się potem około piątej i czułam, jak cała armia (na pewno nie jeden, pojedynczy) zadręczeń uderzała, od dolnych części klatki piersiowej, do serca. I tak szturmowała je, nigdy nie mogąc do końca pokonać.
Dzisiaj spodziewałam się kolejnych walk. Gdy mama wracała z pracy, myłam (cud…) naczynia, słuchając i podśpiewując poezję śpiewaną. I było to tak:

Kiedy się szumem, tłumem, gwarem
Ludzkie skupiska ustokrotnią
Najdroższym na świecie towarem
Będzie samotność

Dźwięk domofonu.

Tęsknotą ciszy uciekamy
W bezludność wyspy, słońce południa
Lecz kiedy na niej zamieszkamy
Wyspa przestanie być bezludna

Otwieranie drzwi do mieszkania.

Przybędzie z nami trud i strach

„Znowu dorzucają mi roboty…”

Niewola dat, historii schemat

„Ania pomyliła daty do ortodontki…”

Jak pięknie wiatr układa piach
Tam gdzie nas nie ma

Walki nie było.
I znów byłam u pani psycholog. Ta wizyta jeszcze bardziej mnie upewniła w wyborze studiów. Wróciłam, znów dyskusja, ale spokojna. Ze znudzoną i zdeterminowaną miną przeglądałam pocztę. I nagle zobaczyłam „zaproszenie na warsztaty literackie”. Nie panując nad sobą wybiegłam z pokoju i oznajmiłam to mamie, to podobno bardzo prestiżowe warsztaty, otwierają wiele drzwi.
„Może to znak…” – powiedziała.

Terminator mnie ZAWSTYDZA. Żeby zrobić TAKI film, trzeba:

 Myśleć
||
||
/
Pracować
||
||
/
Myśleć
||
||
/
Pracować
||
||
/
Myśleć
||
||
/
Pracować

Ale w sumie czym tu się martwić? Przecież mi nie zależy na wystrzałowych efektach specjalnych i realistycznym bólu na twarzy, gdy nogę przebija kula… chodzi mi o to, żeby coś przekazać, a także podzielić się jakimś pięknem, jakimś humorem – tyle.
Też trzeba myśleć i pracować, ale chyba mniej. Po prostu mniej. I może trochę w inny sposób, trzeba w inny sposób kombinować, jest mniej możliwości na nagięcie przestrzeni, co może czynić pracę paradoksalnie prostszą.
Bo tak, chciałabym kręcić filmy… ale to w tak zwanym wolnym czasie. Takim jak niedziela. Dzisiaj jest dzień wolny od… wyrzutów sumienia jeśli chodzi o biologię chemię i fizykę. Stąd „Terminator”.
Chyba wpadam w coś jak depresja. Czuję się strasznie samotna i nieporadna. Nic nowego, ale… teraz dzieją się pewne nowe rzeczy w moim malutkim życiu. Coś próbuje ewoluować. Boję się efektów. Znów może będę próbowała zmienić to, co już postanowione. Moja wiara w sens i możliwość sukcesu jest tak mała jak ilość czasu, w jakim nie jestem bezmyślna i bezwolna. Bardzo mało.

Annie Hall

2 komentarzy

Film… o czym? W sumie to nie wiem, za mądry dla mnie, dostał nawet Oscara (x4). Dużo się w nim dzieje, wielu różnych ludzi… młody Woody Allen gada bez przerwy, szybko, ciągle tym samym tonem rzeczy nieodmiennie zabawne i inteligentne. Żarty są idealnie idealne, a film zrywa z realizmem w realistyczny sposób, kiedy główny bohater robi co chce z czasem, ludźmi… wyciąga sobie na przykład zza rogu jakiś autorytet i prosi go, żeby dogadał facetowi z kolejki do kina. Także monolog Woody Allena nadal sobie echuje w mojej głowie, podczas gdy obrazy i fabuła zostały w drugim pokoju.
O kilku żartach tylko domyślam się, że są zabawne, bo nie mam kontekstu w postaci… wiedzy (można tak powiedzieć?)
Bohaterowie są fantastycznie oryginalni, tzw. „nieszablonowi”. Uroda nie boi się być inna niż zwykle.
Kamera nie przeraża się na przykład szybą oświetloną Słońcem, co ukrywa twarze aktorów.
I to wszystko… z klasą.
Tylko nie umiem myśleć tak szybko jak mówił Woody Allen i gdyby nie siostra, zatrymywałabym film, żeby przypomnieć sobie, dlaczego jestem w szoku…
Zdążyłam tylko zauważyć, że główna bohaterka jest naturalna w swojej nienaturalności i jeszcze raz zdziwić się paradoksem komika – rozśmiesza pogrążony w czarnym pesymizmie. I intelektualisty – im więcej myśli, tym trudniej mu dojść do szczęścia…
POLECAM

Przez całe moje krótko-długie życie byłam być może jedyną zwolenniczką głupiego poglądu, że jeśli będę wiedzieć mniej o polityce i literaturze, o czymkolwiek, a więcej będę myśleć i ewentualnie czytać książki bez głębszych opracowań, że jeśli nie będę czerpać z wielu źródeł, to moje zdanie na różne tematy będzie cudownie czyste. Bzdura. Nie ma większej. Myślałam, że w ten sposób uniknę obcych wpływów, a w ten sposób narażam się na działanie konkretnych wpływów (tych, które są najgłośniejsze).
Wniosek: czas zacząć się interesować tym, co mnie interesuje. Informacji jest o wiele za dużo, ale może kiedyś uda mi się to jakoś… ogarnąć.
A tymczasem piję herbatę jabłkowo-cynamonową z miodem i polecam ten napój :)

11-11-11

Brak komentarzy

Święto odzyskania niepodległości.
Zamęt na Placu Konstytucji i w mojej głowie. Za mało informacji. Na TVP Info mówią o stratach finansowych i o „chuliganach”. „Chuligani” na swoich forach piszą, że kochają Polskę (i swoje drużyny), Wciąż jest niebezpiecznie.
Do udziału w marszu zachęcał Wojchech Cejrowski.
Dwie grupy. W grupie niepodlegle maszerującej kolejne grupy.
Jedni chcą Polski tylko dla Polaków, Polski z zasadami, z tradycjami (poprawcie, jeśli piszę bzdury), bez obcych wpływów, chyba że to korzystna inspiracja.
Drudzy Polskę chcą uczynić miejscem przyjaznym i wielokulturowym, nie chcą nikogo odtrącać, ani osób innej narodowości, ani orentacji seksualnej… dlatego blokują przejście pierwszej grupie.
Kolorowa wersja wydaje mi się obecnie po prostu NIELOGICZNA, bo ludziom z innych państw, nawet jeśli są kolorowi, nie zależy przecież na polskich sprawach i na Polakach tak mocno, żeby pozwalać im mieć na nas wpływ. TERAZ jest podział na państwa, na interesy na tradycje. Jako utopia, to jest piękne: wszyscy razem, wszyscy szczęśliwi, ale to niemożliwe.
Niepodległa opcja też mi się nie podoba, za bardzo czuć w niej chęć stłamszenia wszystkiego, co inne.
Czemu wszystko musi być trudne? Czemu wciąż ścierają się różne poglądy, czemu nie ma radości? „Bo Kain zabił Abla”? Ale czemu go zabił?
I co w tej sytuacji zrobić? Siłą rzeczy jestem Polką. Tu się urodziłam, mam rodziców – Polaków. Poznaję tych romantyków, którzy romantycznie lubili Polskę. Poznaję tych bohaterów, którzy ją chronili przed… wrogiem. I ogólnie uważam, że to bez sensu. Ale skoro już tak jest, to mimo wszystko jestem w to włączona i to się już STAŁO, już nie ma odwrotu. Już się wydarzyły bitwy „w imię”, już zostały napisane wiersze, które pokochałam.
A i jeszcze – miłość. Patriotyzm jako miłość. Do czego? A jeśli miłość, to coś dobrego. Ale miłość i miłość. Jeśli taka nieprawdziwa, to nie lubi niczego poza obiektem miłości.
Słyszę właśnie w TOK FM ciekawą myśl jakiegoś socjologa. Że to dzisiejsze zajście powinno się odbyć za pośrednictwem Kościoła lub innych autorytetów, zawodowców. To ma sens, bo część ludzi (podnoszę rękę) nie rozumie, o co tak do końca chodzi. Ale odmienne poglądy by zostały. Może obyłoby się bez bicia, ale wciąż nie potrafię sobie wyobrazić obiektywnie DOBREGO rozwiązania. Nie chodzi o to, żeby wszyscy byli zadowoleni, co, jak chyba ktoś już kiedyś zauważył, jest niemożliwe. Chodzi o coś takiego, żebyśmy byli świadomi tego, w czym uczestniczymy, A przecież i tego są różne interpretacje…
No i żeby było sprawiedliwie, żeby było jak najlepiej dla każdego, bo to wredne zostawiać bez pomocy kogoś, kto nie może sobie sam poradzić. No i to przecież próbuje się robić. Kto może coś takiego zapewnić? Ktoś dobry i ktoś zaradny… jeszcze trochę i dojdę do monarchii, a przecież i to nie byłoby nigdy, NIGDY idealne.
A jak patriotyzm w innych krajach? Zauważyłam w klatce piersiowej pewien chłód, a przecież to też ludzie, którzy po prostu tam się urodzili, mieli takich rodziców. Powinni opowiedzieć się za swoim krajem, jeśli uważają, że jest tego wart, że mogą być z niego dumni… a jednak… tam też coś JUŻ się wydarzyło, ktoś JUŻ za nich walczył, a poza tym, mogą go jakoś zmieniać.
„Słyszałam” (czytałam) nawoływania do porzucenia dawnych idei, tych romantycznych, do troski o gospodarkę… na pewno nie możemy zostać bez żadnych idei, bo one są tym idealnym, do czego jeśli nie będziemy się starali dorównać, to stanie się coś poczwarnego. I’m sure. I zapanuje zło :P Nie, zło nigdy nie zapanuje. Zawsze będzie dobro… Ale może być mu trudno i dziwnie.

A co do mojego udziału w marszu niepodległości bądź w kolorowym wiecu – dopiero gdy się zaczął i gdy zaczęłam słuchem i wzrokiem wyłapywać sens obu wydarzeń, zaczęłam się zastanawiać nad sensem wybarania się tam. Teraz może przysłużę się chociaż wątpliwej jakości refleksjami. Na przykład taką, że chociaż zachowanie kibiców, chcących walki z kolorowymi mi się nie podobało, to dzięki temu zobaczyłam, jak mniej więcej wygląda sytuacja w Polsce. Więc takie manifestacje mają ten plus, że… uświadamiają.


  • RSS