perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2011

Ale dlaczego? Przecież jej historia jest jakby wciąż zachmurzona,
przecież na prawdziwe Słońce trzeba czekać aż do ostatniej kartki.
Zgasł wielki ekran, ludzie zaczęli wychodzić z sali. Wtedy to przyszło.
Jakiś wewnętrzny niewidzialny krwotok, który kazał wyciągnąć chusteczkę i
nie ruszać się z miejsca. Mimo siostry, która powtarzała „nie róbcie
wiochy” (mama zareagowała podobnie), mimo czekającego na dole pana, mimo
że przecież już nic się nie działo, film się skończył…
Muzyka. Zdjęcia. Żadnych ukrytych refleksji, wszystko na tacy, obok
filiżanki z herbatą. Bohaterowie mówiący językiem elfów. Suknie, które
istnieją po to, by ładnie wyglądać. Mgła i łzy Jane, tak bardzo
nieudawane. I wciąż te obrazy, jakby bohaterowie sami ich szukali,
ciągle światło na kwiatach jabłoni i wazon za grubą firanką. Muzyka
przychodząca właśnie wtedy, gdy jest potrzebna, bardzo zauwżalna, bardzo
dyskretna, najpiękniejsza.
A jednak coś zostanie, na pewno, jak po książce. Przesłanie Jane Eyre
jest być może tak jasne, jak trudne słowo, które odnalazłam pod zakrętką
„Tarczyna” tuż przed początkiem filmu. Bo co innego pozwoliło jej
podjąć właśnie takie decyzje, które zaprowadziły ją przed oblicze
najważniejszego? Skończyłam właśnie jeść czekoladę, mogę się nim
podzielić: „asceza”.

Najromantyczniejszy, najbardziej romansowy romans. Żenada. A przecież… moja ulubiona!

Witaj znowu, Harry!

2 komentarzy

Tak, oszalałam i od wczorajszego wieczoru do dzisiejszego wieczoru poza przerwą na sen, czytam po raz kolejny dwie ostatnie części. I… kompletnie zapomniałam o całej reszcie, o wszystkim, kompletnie żyję w świecie czarów, aż boję się odezwać, bo już, gdy komentowałam strój mojej siostry na imprezę, powiedziałam, że wygląda jak na balu Bożonarodzeniowym z czwartej części…
Ach, intrygują mnie szczególnie dwa wątki: sposób bycia i wybory Dumbledore’a oraz wątek milosny między Harrym i Ginny. Uwielbiam Ginny, uwielbiam to, co się miedzy nimi działo od samego początku.
Denerwują mnie odrobinę schematy, na jakie wciąż trafiam i różne niedociągnięcia w charakterach postaci, w wydarzeniach. To, że książki były robione jakby w fabryce, wciąż te same sformuowania, jakby w ogóle wciąż o samo. Jako przykład podam ten, że zawsze, niesamowitym zbiegiem okoliczności, najważniejsze wydarzenia mają miejsce tuż przed końcem roku szkolengo. Wtedy też wyjaśniają się nagle wszystkie (PRAWIE) sekrety, a do tej magicznej (!) chwili powoli rośnie napięcie. Jakby autorka miała szblon zapisany w Wordzie, do którego wciąż zagląda. Ostateczne rozwiązanie problemu zawsze czeka na czerwiec.
Z drugiej strony ciągle cieszę się nowymi odkryciami – znalazłam parę pięknych subtelności, na które wcześniej nie zwróciłam uwagi – Harry w eliksirze, w którym wyczuwało się zapachy ulubionych rzeczy, poczuł nieokreśloną kwiatową woń (poza kajmakową tartą i rączką miotły). Potem wyjaśniło się, że to perfumy Ginny… to było jeszcze zanim pocałował ją po wygranym meczu z Krukonami. Autorka cudownie nie rozwija tego tematu, tak że ktoś, kto nie czeka niecierpliwie na informacje o Ginny i Harrym, może to przeoczyć.
O nich samych możnaby dużo pisać, a prawie wszystkie te chwile, w których są sami, są pominięte milczeniem, jak zrobił kiedyś wprost chyba Żeromski w „Przedwiośniu”, gdzie konieczność opuszczenia zasłony tłumaczył surową krytyką.
Dumbledore… do końca VI części tajemniczy, ale już coraz więcej odkrywający ze swojego sposóbu myślenia, kilkukrotnie podkreślając, że jest mądrzejszy od wielu ludzi, w czym nie można jednak wyczuć chwalenia się. Po prostu… to prawda. Dumbledore jakby… bezbronny wobec tych, których darzy szczególnym uczuciem i widzący to samo w Harrym (który nigdy nie był dobry w oklumencji). I Harry zawsze wygarniający mu prawdę o tym, że coś go złości, ale oboje wiedzą, jak bardzo jest mu „oddany”. Za ten jeden, nieprzesadzony MOMENT, w którym błękitne oczy Dumbledora stały się wilgotne, gdy Harry wspomniał o tym, jak bardzo jest po jego stronie, zapominam o tym, że pogrzeb dyrektora był opisany jakoś nieprzekonująco. I nawet nie wiem, czemu.
Autorka naprawdę nie napisała bezmyślnej historii, z tych niewielu wywiadów, na które przypadkiem trafiałam, nie spodziewałabym się tak niesamowitej fabuły i naprawdę przemyślanych refleksji o tym, co najistotniejsze. A co to jest? Nie, odpowiedź naprawdę nie jest banalna i beznadziejna. Jest w niej coś o przyjaźni, która obrzydła mi tak, że autorka musiała być naprawdę przekonująca. Coś o nieustawaniu w wysiłku w pokonywaniu (napisane wprost) zła, o zachowywaniu – znów wprost – czystości duszy i o tym, do czego niektórzy są zdolni, a przez to mogą być łatwo zaszantażowani… no tak, jednak to banalne, ale przecież prawdziwe.
Oczywiście, denerwuje mnie jescze mnóstwo rzeczy – choćby to ciągłe wzajmene mszczenie się za coś bohaterów. Czy tak jest naprawdę? To ciągłe wyciąganie różdżek gdy ktoś kogoś uraził, to pocieszanie się cudzym nieszczęściem (i niby to Polacy tacy.)

Ale najlepsze, nacudowniejsze i najbardziej pociągające w powieści jest chyba POCZUCIE HUMORU, które co jakiś czas ujawnia się w komicznych sytuacjach, a najczęściej w rozmowach bohaterów. Właśnie to poczucie humoru uwiodło mnie już do końca i właśnie wracam do lektury VII części.

Powodzenia w nauce

2 komentarzy

Sojuszniku :D

Mamy tylko jedno życie. Jest krótkie. Dobrze jest je dobrze przeżyć. Nie ma jednak jednej recepty. Każdy jest w innej sytuacji, a dochodzenie do zbawienia (zostawanie świętym) u każdego wyglądało inaczej. Jedni wychowywali się w bardzo pobożnych rodzinach, inni nagle doznawali olśnienia. Są z Polski, Niemiec, Włoch i Ameryki. A niektórzy zostali dawno zapomnieni i może byli w warunkach wręcz identycznych jak nasze (w moim przypadku to byłoby dość wygodne życie z możliwością wykształcenia, ale po różnych nieciekawych wydarzeniach, jak rozwód rodziców i własna wredność).

Jeśli młoda osoba wierzy w życie po śmierci, wierzy konkretnie w Chrystusa, powinna pomyśleć nad tym, co po Nim zostało. Chodzę do kościoła. Słucham kazań. Niektóre są „starej daty”. Inne naprawdę pomagają zrozumieć, o co chodzi w Ewangelii w związku z codziennością. To te, które poszły do przodu razem z przemysłem (;)) albo te, które zawsze będą aktualne.
Codziennie dokonuję nowych odkryć i codziennie robię różne, często te same błędy. Jak wyrwać się z tego koła? Nie da rady.
Oparciem w tym jest Kościół – mnóstwo, mnóstwo ludzi, którzy też mają swoje koła. Niektórzy są akurat bardziej „święci”, inni mniej. Obie grupy są wsparciem, dla obu sama mogę być wsparciem.
Czy Kościół naprawdę pomaga, czy towarzyszy? Nie, jeśli nie znajdzie się tam swojego miejsca. Może to być pokoik z ciszą, książkami (które napisał ktoś badziej uzdolniony ode mnie i Chrystus więcej mu objawił, może on więcej słuchał), a w niedziele z Eucharystią, może być grupa, która razem uwielbia Boga, cieszy się Jego miłością (w praktyce oczywiście nie zawsze jest to emocjonalnie wspaniałe, ale pomaga pozostać na drodze dobrego przeżywania życia).
Teraz dużą rolę w Kościele pełni Internet, jest tam wiele materiałów innych chrześcijan, którzy coś odkryli czy przeżyli w związku z Pismem Świętym i Bogiem.
Dlatego uważam, że obecnie można znaleźć w Kościele zarówno wsparcie i zrozumienie, jak i przykład. Nie warto zrażać się antyprzykładami.
A najważniejsze jest to, że w Kościele jest Chrystus (przychodzi realnie w czasie Mszy – jemy (jakkolwiek to brzmi) Jego Ciało), dzięki Niemu kara jaką powinniśmy dostać za różne nieciekawe ciemne sprawy, jest odwołana, jeśli tylko w to wierzymy.
Dzięki Bogu żyjemy i dzięki Niemu, w każdej sytuacji, możemy zacząć kochać.
Patrząc na sprawę w ten sposób, nieważne stają się wykroczenia nasze i innych. Chyba że można im zapobiec albo jakoś złagodzić konsekwencje.

Cofanie czasu

Brak komentarzy

Gdybym mogła cofnąć czas, mieć trzy lata i zachować odkrycia, pamięć, wszystko… i mieć pewność, że znowu będę dziewiętnastolatką, ale czas będzie już płynął zwyczajnie, przede wszystkim chciałabym zmienić relacje z innymi. Może mogłabym coś zrobić żeby nie było rozwodu. Ale bardzo zależałoby mi na takich zwykłych codziennych… miłościach. Chciałabym coś w tym zmienić, żeby miłości było więcej, żeby była! A wtedy nie poznałabym Magdaleny. To znaczy poznałabym ją, ale ona mnie nie. (Chociaż przecież i ona ma rodzinę w Olsztynie. Może mimo wszystko dałabym się skusić.) Dla niej może też tak byłoby lepiej.
Ale nie cofnę czasu. I nie wiem, jak długo jeszcze będę żyć. Jutro wsiadam do samochodu Pirata…
I… mam ciągle dziewiętnaście lat, chociaż myślą mogę cofać się wstecz. Mam dziewiętnaście, nie trzydzieści sześć. Mogę sobie pobiec do trzydziestu sześciu i zastanowić się, co bym zmieniła, gdybym mogła wrócić do dziewiętnastu. Ciekawe, co odkryję w tym wieku, jeśli dożyję.
Kiedyś tak chciałam być siedmiolatką, żeby już nie bać się potworów. I stało się. I pamiętałam, że chciałam. Cóż, że potem strach wrócił.
Może odkryję, że… nie wiem. Że… chcę umrzeć. Nie, że muszę żyć chwilą i że teraz trzeba mi być na sto procent.
I co zmieniłabym? Chciałabym być bardziej teraz. I więcej pewnie się uczyć. Nie, właśnie nie. Chciałabym być dobra dla mamy, gotować obiady… też właśnie nie. Chciałabym mieć dobre stosunki z nią i z innymi. I na pewno chciałabym… no tyle autorytetów to mówiło. Na pewno to prawda, ale sama jeszcze tego nie odkryłam. Że chciałabym słuchać Boga. A to takie zagmatwane. A przecież… wierzę. To znaczy – nie wiem, czy mogę w to wejść, jak i na ile.
Wszystko okrywa mgła. Codzienność i conocność są ciągle niepełne. Cieszę się, że istnieją sojusznicy, że…
patrzę na tytuły notek innych osób i mam dosyć tych wszystkich spraw: „Dziwny był wczorajszy j…”, „zakochać się, n…”  „Tkwię służbowo na konfe…”, „nocami płaczę może chlipi…”
Ostatni mnie zainteresował. Okazał się wierszem o płaczącym psie.
Poezja. Poezja ciągle pyta i odpowiada, i opowiada prawdy i piękna. Za mało. I za dużo.

Aua…

Brak komentarzy

No i oczywiście nici ze wszystkiego. Rozpacz, rozpacz, porażka, dno.
I dobrze.
Daję mamie propozycję, ona ją odrzuca, wszyscy są zadowoleni. Nie. Nie wszyscy. Nikt. Ona jest wściekła, ja się wściekam. Żal.pl i rozpacz.com.
Haha :D
I teraz boję się, że wpędziłam mamę w jakieś wyrzuty sumienia. Ja to chyba robię specjalnie, żeby się ochronić. Nie jestem do końca uczciwa ze sobą i… ale blog to nie konfesjonał. Albo gabinet psychologiczny. Bardziej nie to drugie. W sensie – w konfesjonale jest pojednanie, w gabinecie roztrząsanie problemów wewnętrzno-zewnętrznych. Więc konfesjonał to w ogóle inna baśń.
Tak czy inaczej. Właśnie – kolejna refleksja, która ostatnio i od dawna mieszka blisko mnie – uczciwość! Zawsze uczciwość. Żeby nie motać i nie plątać. A jakie to trudne…
Zatem: żeby tak móc ten węzeł przeciąć jedneym cięciem.
Wszystkie węzły.
Czasami wydaje się, że odpowiedź jest prosta. Uśmiechnąć się, pogodzić – tyle tematu. I uczciwość, uczciwość. A z mojej twarzy nie spływa ponuryzm. Czasami jest bardziej pogięta (odpowiedź). Obcy ludzie. Wejście w nowe środowisko.
Tak, stanowczo to mój problem numer jeden.
[Mama idzie przez mieszkanie do pokoju. Gasi światło. Ciemność. Lęk. Ach, żeby anioł...]

:)
Dziś uczestniczyłam w zajęciach teatralnych. Ludzie są sobie coraz bliżsi, w końcu to już czwarte spotkanie.
Żeby nie zaplątać się w niepotrzebne wstępy – zachowywałam się beznadziejnie. Były improwizacje i kompletnie paskudnie mi poszło. Miałam grać wyluzowanego dresa dilera. Byłam ponura, przygarbiona, nieuprzejma, knująca, momentami wesoła z powodu jakiejś zarobkowej sprawy – no wczułam się w rolę. I jeszcze jakby naćpana.
Tyle że to nie było specjalnie!
No i ogólnie coraz bardziej zakładałam kostium i maskę osoby kompletnie nieogarniętej. No dobrze – zdejmowałam kostium i maskę osoby ogarniętej. Albo coś całkiem innego, bo raz jest tak, raz owak, ale teraz robi się beznadziejnie. Nie potrafiłam poprowadzić większości rozmów, a przyczepiałam się do rozmów innych. Siadałam jakoś z boku, mówiłam nie to, co powinnam, no – koszmar z ulicy Wiązów.
Przedtem w autobusie dostałam mandat za przeterminowanną kartę miejską. Jakaś uprzejma pani poradziła, aby poprosić na stronie ztm o ulgę. Podziękowałam, z nerwowym śmiechem. Nerwowym śmiechem, jeju. A jeszcze przedtem, w domu, straciłam mnóstwo czasu na naukę na jakieś bezwartościowe zajęcia i nie zrobiłam szpinaku dla Ani, i byłam zła, że ma pretensje. I odpisałam dziwną rzecz na maila od miłego znajomego. I rozmawiałam przez telefon nie tak, jak chciałam. Koszmar z ulicy Wiązów, robaki, robaki, A!
Majaczyły wspomnienia okropnych dni w szkole, okropnych dni w domu, okropnych dni na ulicy, w znaczeniu, między miejscem a miejscem, nie miejscem pobytu…
Wracałam z zajęć, tupiąc, tupiąc z całych sił.
:)
Szłam zakapturzona, zaczapkowana, beznadziejna, beznadziejna. Nagle jakiś chłopak mijając mnie cicho powiedział: „cześć”. Nie zdążyłam odpowiedzieć. Zobaczyłam go już małego, daleko. Nie mógł mnie chyba poznać, nie poznałam jego głosu.
I nagle, no ludzie, zwierzęta, trawy… nagle cały czas zmieniał się mój światopogląd!
Miłość to powołanie każdego z nas, jak wyczytałam dziś-wczoraj w nocy. Tak. Tak. A rozpacz-gniew-zawodzenie to jej przeciwieństwa. To ode mnie zależy, czy im się poddam, czy będę wierzyć i walczyć, ale nie walczyć sama. O nie. Właśnie to jest trudne, właśnie nie jest łatwo. Właśnie…
Ale są doświadczenia. Tylko że za każdym razem przekonuję się, że mogłam zrobić inaczej, lepiej, sekundę po wydarzeniu. Uczę się bardzo opornie. Czasami się udaje.
I o to chodzi!
Bóg jest Celem, Źródłem. Bóg – Miłość. Mogę mimo wszystkich moich błędów uśmiechać się.
Uśmiechać się. O.
I idę do psychologa. I raczej mimo wszystko zrezygnuję z tego teatru. To nie będzie ucieczka. To będzie zostawienie ich w pokoju.
A na rekolekcjach w milczeniu Szkoły Kontaktu z Bogiem mój kierownik duchowy powiedział, że mogłabym poszukać stałego spowiednika. I tak zrobię. Jutro, jutro. Musi się udać.
Pakuję bochen chleba, flaszkę wody i harmonijkę ustną. Zawijam w kocyk, wieszam na kijku i ruszam w świat. Nieee, jadę autobusem na Świętojańską – tam są oni. Jezuici


Nie jestem jego wielbicielką. Tylko że no… śmieszny ;)


  • RSS