perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2011

Z namiętnie natrętnych myśli o pewnej osobie, z ciągłych pytań i zawsze inych odpowiedzi, z pragnień i zamętu, z postanowień i wahań, z pewnych decyzji, które w nasępnej sekundzie zamieniają się w swoją odwrotność, wyrwało mnie „Podwójne życie Weroniki” – film, który wprawdzie kojarzy mi się z tą osobą, ale jego niesamowity urok wessał mnie od niej, z realnego świata.
Gdy oglądałam ten film pierwszy raz, nic z niego nie zrozumiałam. Teraz przysunęłam twarz blisko ekranu i zatonęłam w obrazach, które najpierw musiały nawiedzić umysł Kieślowskiego.
Jest w nim przedstawiona historia dwóch młodych kobiet, dwóch Weronik, z których jedna mieszka w Polsce, a druga we Francji. Obie zajmują się muzyką, obie są tak wrażliwe, że niezrozumiane przez swoje otoczenie (niektórych ludzi inni nigdy nie zrozumieją, tak subtelne i nadprawdziwe są ich przeżycia), obie mają krótkie czarne włosy i są bardzo szczupłe… są identyczne. Żyją na świecie, jakby wciąż były gdzie indziej, ale obdarzają go miłością. Nagle przez moment są bardzo blisko. Wkrótce Weronika z Polski umiera, zasypują ziemią jej trumnę. Odchodzi śpiewając.
Druga Weronika czuje, że kogoś straciła, a zarazem wydaje jej się, że jest wciąż kierowana, że wie, co robić. Posłuszna tej sile, posłuszna dziwnym znakom, rezygnuje ze śpiewania, co może chroni ją przed śmiercią „na serce”. W jej życiu pojawia się przy tym silna i jakby ponadrealna miłość do artysty-lalkarza. Zgadza się na nią, oddaje się jej. Artysta-lalkarz jest też jakby częścią dziwnych znaków i osobą, która wyjaśnia WSZYSTKO w swoim opowiadaniu o „Podwójnym życiu… podwójnym życiu… tylko jeszcze nie wiem, jakie dać jej imię.”
Muzyka w tym filmie dotyka tajemnicy, ale nie okrywa jej, towarzyszy wszystkiemu, co najpiękniejsze i najważniejsze.
Oczywiście, ta interpretacja może być inna niż interpretacja Kieślowskiego…

Św. Teresa od Jezusa:
„Mimo wielu dowodów stwierdzających, że Go miłujemy, na pewno jednak
nigdy wiedzieć nie możemy; ale łatwo jest poznać, czy kochamy bliźniego.
Im wyższy ujrzycie w sobie postęp w tej cnocie miłości bliźniego, tym
mocniej, miejcie to za rzecz pewną, będziecie utwierdzone w miłości
Boga.”

„(…)na pewno(…)wiedzieć nie możemy” – nie możemy wiedzieć, czy kochamy Boga, nie możemy tego spawdzić.
Nie możemy.

Inaczej, niż patrząc, czy kochamy drugiego człowieka.
„cnocie miłości bliźniego” – czyli…
Mama mojej koleżanki, któą bardzo lubię, była na rekolekcjach, gdzie miała następującą medytację (lub trochę inną, zapomniałam, ale też ładna): gdy mamy jakiś problem, wyobrazić sobie, że patrzymy na swoją decyzję jako już umierający, a potem (o tym zwykle zapominam w swojej wyobaźni) już z trumny.
No to gdy koleżanka (którą powiedzmy, że też lubię, ale to w tej chwili nieważne) prosi, abym pojechała z nią na drugi koniec miasta, aby załatwić jej sprawę… to wtedy… myślę… leżę w szpitalu (oby), obok mama i może ktoś jeszcze (marzenia…), ksiądz na przykład… i umieram na… na… raka? I przypominam sobie tę koleżnkę i tę prośbę. Pamiętam, że wolałam to popołudnie spędzić w inny sposób, że chciałam pisać powieść, oglądać film, uczyć się… bliologii… no i nadal nie wiem, co lepsze. Wiem… usłużyć komuś. Ale błagam, usłużuć? Ale trzeba jeszcze umieć. Bo co jej po mnie, jeśli będę wtedy smutna i myśląca o… biologii! Tak.
Tak.
Tak!!!
Trzeba nie myśleć, trzeba usłużyć.
Hahaha!
A teraz z trumny: śmierdzi, bo ja śmierdzę, ale w sumie zapach drewna trochę to neuralizuje. Ziemia stuka o deski, ciemność… (musiałam się pomylić z tą medytacją…)
Bo trzeba też patrzeć na ogólnie lepsze dobro. Może ucząc się i pisząc coś mądrego, zrobiłabym lepiej? Może ona w samotności przemyślałaby swoją kłótnię z bratem? Skąd mam wiedzieć, co lepsze? Ona ma ochotę ze mną jechać, więc uważa, że to. Wiem, że jeśli w takiej sytuacji odmawiam, nieodmiennie jest mi smutno. Trzeba wyczaić to większe dobro i tym się kierować, nie pozwolić, żeby skusił mnie film, choćby to było „Podwójne życie Weroniki”, o którym jeszcze muszę tu napisać.
Trochę przychodzi z pomocą ten fragment z Ewangelii, że jeśli ktoś zmusza nas do przejścia tysiąca kroków, żeby przejść dwa tysiące. Ale mam opory do przyjęcia tego bez przemyśleń.
Na pewno w trumnie wolałabym, żebym była w życiu na drodze stałej miłości.
Miłość… jak bardzo dobrze jest się wyzwolić z różnych lęków i bezsensownego poczucia winy (nie mówię, że mam to za sobą), tylko wtedy można o niej w ogóle myśleć.


  • RSS