perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2011

Chyba nie… chyba zwierzęta są po prostu: dobre. (Chociaż trudno cokolwiek mówić na pewno.) To pierwsi ludzie zgrzeszyli i to ludzie mogą wykazać się „cnotą” i „występkiem”.
A cnota, uczciwość na przykład, może sprzeciwić się wielu przeszkodom na drodze człowieka. Lenistwu się może sprzeciwić. Kradzieży.
Więc jest tym, co jest KONKRETEM, który bez żadnego „lecz” stoi po stronie dobra postaci stworzonej na Boży obraz.
Oto poszukiwany konkret (szukałam konkretu). Ciekawe, czy są jakieś jeszcze.
Owszem,
Miłość, która chce tylko dobra. Bóg, który chce tylko dobra.
Więc mamy: Boga, miłość i cnotę. Coś jeszcze?
Siedzę i myślę już może… minutę (!!!), ale chyba się poddam – na rzecz łóżka…

Dodam może tylko, że skoro KONKRETY są za naszym dobrem… warto nimi żyć. Jak? Po prostu.
Zacząć i nie przestawać. Oczywiście, że przyjdą komplikacje. Pozdrawiam!

Spokój, rozwiązanie problemu, zgoda… takimi wyrażeniami można rozkoszować się tylko po ciężkich rozterkach, napastującym problemie i kłótni. Rozkoszować się, cieszyć… tak naprawdę bez uzasadnienia. A potem znów martwić i chodzić z twarzą przy Ziemi. Taki los człowieka, niezależnie od warunków, w których przyszedł na świat i żyje. Chwile szczęścia są ścigane przez nieuchronne zmartwienie. Czasami tak nie-uchronne, że czego by się nie robiło – trzeba przecierpieć. I jeśli ten człowiek – ta postać na Boży obraz… będzie przez cały czas trwać w przekonaniu, że jest kochana i może każdą radość i zmartwienie odnieść do rzeczywistości niewidzialnej…
To co?
Co wtedy?
och, wtedy i tak niczego nie będzie rozumieć i będzie potykać się o niezrozumienie innych. I tak będzie musiała działać i do czegoś dążyć, wciąż nie ustawać w wysiłku, choćby był on pokonywaniem nudy! Wciąż „ale” - przeszkoda, bieda, strata, ból choćby fizyczny, lub właśnie brak bólu jakiegokolwiek i nijakość.
No, chyba że nie będzie tylko „odnosić do rzeczywistości niewidzialnej”, ale nią żyć, żyć życiem Bożym.
I co?
Co wtedy?
Żebym to ja wiedziała. Świat świętych pociąga mnie, a przecież boję się zaufać w pełni tak Bogu, jak i ludziom (a jednak wierzę, że On chce naszego zbawienia, więc szczęścia i nie stoi obok obojętnie – działa – to przez ludzi, to przez wydarzenia, to przez – swoją śmierć!).
A zdarzają się w życiu momenty nieporównywalne do niczego:
Mama była ostatnio w szpitalu. Na wielkiej sali były tylko dwie osoby: ona i staruszka, której ciężko było samodzielnie chodzić i która byla źle traktowana przez pielęgniarki i rodzinę – oba te środowiska bardziej lub mniej otwarcie czekały na jej śmierć. Ludzie, którzy się nią opiekowali nie chcieli nawet prowadzić jej do wc, każąc załatwiać się do kaczki, co nie jest ani trochę przyjemne. Pewnego razu wybrala się tam o własnych siłach, których prawie nie miała. (Mama nie mogła jej pomóc z powodu chorych nóg.)
Chwilami odpływała. Nie wiedziała, gdzie jest i krzyczała na mamę, że siedzi na łóżku zamiast jej pomóc, myśląc pewnie, że to pielęgniarka.
Mama, dopóki pozostawała w szpitalu, pilnowała, żeby nie robiono jej krzywdy. A w którymś momencie usiadła obok niej na łóżku i zaczęła głaskać jej rękę. Wtedy, jak się wyraziła „jakby anioł musnął jej twarz” – odprężyła się i rozpogodziła. Ręka była miękka i miła w dotyku, mimo wieku.
Potem mama na jakiś czas opuściła szpital, a gdy wróciła – starsza kobieta już nie żyła.
Wszyscy potrzebują miłości. Chciałabym kiedyś móc ją dać pacjentom. „Kiedyś”… mam kolegę, którego mama jest lekarką. Już po krótkich momentach kiedy widzę ich razem, dostrzegam między nimi gorące rodzinne uczucie. Jego mama ma tak dobre spojrzenie… takie rzeczy wynosi się z domu, wynosi się z duszy. Nie z postanowienia i nie z chwili wzruszenia.
A czasami ktoś szczególnie potrzebuje gestu, objęcia, słowa… (choć z drugiej strony – to bywa bardziej skomplikowane – wiem po sobie.) Żeby wtedy Bóg mógł działać przez drugiego człowieka… i przyjść do tego, który chce
Miłośći!

Nie?

No dobrze, mijają. Ale jakieś niecodzienne i nieconocne. Brutalnie Wam napiszę:
Świat! Życie! Jakieś wstawanie, jakieś śpiewanie i granie, sprzątanie jakieś i rozmowy jakoweś. Niezadowolenie słuszne, zadowolnienie niesłuszne (z siebie) i coś jak tęsknota i jakby ciągota. Do kogo? Do czego? Już nie wiadomo…
A tu: Ewangelia:
Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili
Jeśli jestem chrześcijanką, jeśli chcę wierzyć, jeśli wierzę, jeśli chcę kochać… czy… mam to wziąć do siebie?
Co powinnam zrobić? Jak wyrwać się, oderwać od niekonieczności? Jak skupić się na tem, co darem miłości?

Zasiadłam do bloga zupełnie bez chęci pisania, co zdarza mi się rzadko, bo zwykle gdy piszę, mam ochotę pisać i dlatego właśnie piszę.

Nie mam także kompletnie pomysłu, jak opowiedzieć o dzisiejszym wydarzeniu w sposób swojski i niebanalny. Więc najprościej:
Byłam z Piratem w warszawskim zoo. Najpierw zwiedzaliśmy wnętrza budynków, bo przyjechaliśmy tak późno, że niedługo miały być zamykane. Zobaczyliśmy wtedy włochate tarantule i ptaszniki, szczerzącego zęby rekina (Bynajmniej nie w uśmiechu. A może…), żółwia, który wpadł do wody i polatujące w złowieszczych ciszy i mroku nietoperze.
Potem oglądaliśmy zwierzęta zażywające niewoli na zewnątrz: lwa o wzruszającej królewskości, małego geparda, który na nasze nawoływania lekceważąco położył się tyłem, małpkę, która wyglądała jak filozof i wszelkiego rodzaju ptactwo wodne i lądowe (i te inne też).
Żubry, żaby, jaki, kozy, kury, króliki, agamy, skorpiony, ryby, konie, foki, hipopotamy, osły, flamingi, tukany, lemury, pustułki, zapach stajni, zapach kwiatów… to wszystko wkrótce przestało dziwić.
W samotności i ciszy swojego pokoju, wśród znanych barw i kształtów, wśród znanego bałaganu, nie czuję się tak, jakbym zobaczyła faunę całej Ziemii. Jestem tą samą dziewczyną, której życie kryje się gdzieś po jaskiniach.
Może część barwnych stworzeń zamieszkała w mojej wyobraźni i pamięci. Nie wszystkie, bo jest za mało miejsca. Na pewno na dłużej przygarnę małpkę niespiesznie głaszczącą swoją małą towarzyszkę i kozła, który chyba chciał być głaskany.
Pirat to nie zło
Bo Pirat w zoo
Karmi zwierzęta:
Gąski, koźlęta,
Owce i małpy,
Strusie, gepardy,
A nawet hieny
Piszące treny.

Wakacje… ile słodyczy w tym słowie. Jak w zeszłym roku, chodzę na swoje ulubione samotne wyprawy w miejsca zielone i ciche. Dzisiaj wybrałam się na taką po krótkim spotkaniu z Karoliną, na której robiłyśmy sobie zdjęcia.

W niesamowicie długiej drodze powrotnej do domu, nagrywałam film o tej drodze. Wyobrażałam sobie, że szukam jakiegoś cudownego miejsca. Znalazłam je.
Jednak wcześniej zatrzymałam się nad parą kaczorów (w zeszłym roku po spotkaniu z Karoliną, na którym robiłyśmy zdjęcia, biegałam z aparatem po całym osiedlu za kaczką z małymi, zatem pora na odmianę). Przez jakiś czas kręciłam o nich film, aż jeden z nich zniecierpliwił się, wykonał kilka szybkich ruchów ogonem i z pluskiem odleciał.
Potem, oczarowana urokiem ciemniejącego świata, weszłam na małą ścieżkę między młodymi brzózkami a ogrodzeniem kościoła. Nagrałam kilka krótkich filmów i wtedy je zobaczyłam – miejsce. Było juz prawie zupełnie ciemno. Za ogrodzeniem, na trawie, paliła się mała lampka. Wokół rosły fioletowe kwiaty. Tworzyło to krainę zaciszną i pełną uroku – nie z tego świata. Nagrałam to.
W zaroślach usłyszałam szelest. Czy to kot? „Kicii, kiiiiici…”. Nie, to jeż! Wysunąl pyszczek i po chwili odnalazł moje utkwione w nim spojrzenie. Nie robiłam zdjęcia, żeby nie oślepić go lampą błyskową (zresztą nie lubię zdjęć z lampą błyskową). Po chwili odszedł dalej, ale wciąż go widziałam i jednak zrobiłam parę zdjęć.
Gdy jestem sama, w atmosferze własnych dumań i w pięknym otoczeniu, przenoszę się czasami jakby w krainę mojej wyobraźni, która staje się realnym światem. W tym świecie zwierzęta i rośliny rozumieją moje słowa, a woda odbija niebo znające moje uczucia. Ludzie są niepotrzebni.
Jeśli kiedyś ktoś wybierze się ze mną na taką wyprawę – koniecznie pogodnym letnim wieczorem – niech słucha moich rozmarzonych słów i nie komentuje. Jeśli tylko chce znaleźć się w tym samym miejscu.

Taki tytuł nosi książka Jana Parandowskiego, której treści obecnie asymiluję i którą gorąco polecam wszystkim chcącym pisać. Autor przechodzi kolejno przez wiele, jeśli nie wszystkie aspekty twórczości literackiej i przedstawia je z punktów widzenia różnych pisarzy i różnych… epok. Na początku książki za przykłady brał dzieła, o których nigdy nie słyszałam, a mimo to było dla mnie jasne, co ma na myśli (chociaż czułam się pewniej gdy pisał o wielkiej Improwizacji Mickiewicza, po której nasz wieszcz osłabł z… emocji?).

Język jest piękny, metafory oryginalne.
Przekaz przejrzysty, myśli odkrywcze (kto by pomyślał, jak bardzo pomagać lub przeszkadzać mogą pisarzowi żona, choroba, bieda, więzienie, gwar miasta i narzędzia pracy!)
Jedyne, co mnie razi, to nieugiętość niektórych osądów autora, jakim potem zaprzecza. Ale to jest chyba właśnie technika różnych punktów widzenia…

Chemia – straszna – żegnaj, WUM-ie. Żegnaj… medycyno w sumie.

Może w przyszłym roku.
A na razie coś z roślinami i zwierzętami.
A teraz mam wakacje – podobno najdłuższe w życiu. Chcę robić to, co najbardziej chyba mnie pociąga i nie jest grą w Simsy – pisać i czyztać. Bardzo bym też chciała zmienić relacje z Bogiem na lepsze. I usłyszeć swoje powołanie, którego chyba dotąd nie poznałam.
Czuję się naprawdę wolna – mogę całe dnie poświęcać na to, na co mam ochotę. A z drugiej strony – jeśli pisać – to dobrze, co jest trochę niepokojące.
Muszę poza tym zdecydować się – i to teraz – na jakie kierunki studiów złożyć papiery.
I nie czuję się dorosła – o nie.

Oficjalnie oznajmiam, że jest PO maturze z biologii. Nie mam w sumie pojęcia, czy była prosta czy trudna, bo byłam zbyt skupiona na cieszeniu się, że umiem cokolwiek napisać, ale raczej byłabym za tym, że banalna i na myślenie (więc dla mnie średnia), chociaż były przecież typowe pytania na wiedzę, jak to o konwergencję, o której pisałam parę notek temu. Kilka razy przeczucie kierowało moje oczy na właściwe strony podręczników, zwłaszcza tuż przed egzaminem, a na kursach sikory podszepnęli nam właściwe rzeczy. Zatem, ogólnie jestem zadowolona, ale wolę nie sprawdzać odpowiedzi, żeby się ewentualnie nie załamać (już wiem o paru błędach).
Ale jest PO! PO! PO!
Nie wiem, czy kiedyś bardziej czymś się denerwowałam niż tą maturą. Może w dzieciństwie, gdy poszłam po kryjomu do cukierni i kupiłam dużo rzeczy za 5 złotych. Ale to było naprawdę dzieciństwo, gdy często stresowałam się z minimalnych powodów. A teraz miałam koszmary: że się spóźniam, że topię się w bagnie i tym podobne. A w sali pani musiała prawie wyrywać mi Vandemecum i wciąż byłam bliska płaczu. To naprawdę coś nowego.
Teraz boję się, że wyniki okażą się kiepskie, ale na to nie mam już wpływu. A wczoraj myślałam bliska zwariowania: „Jutrzejszy dzień ma wpływ na całe moje życie…”.
Teraz będzie fizyka, z której jestem tak dobra jak kret w lataniu. Albo lepiej pingwin, który był na maturze. Ale muszę być tak zwanej dobrej myśli i „powtórzyć” elektromagnetyzm, optykę i pewnie dziesiąć innych rzeczy. Proszę o modlitwę.

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Nie zachodź!

W Twoich promieniach
Myśli się rodzą jak Ty gorące
Nie zachodź Słońce!

Ty je obdarzasz
Blaskiem przytulnym przez chmury gęste
Błogosławieństwem

Żywymi czynisz
Mając radośnie zimny cień strachu
To może zachodź…

Co mi po chwili
Kiedy marzenia stare młodnieją
Niech osiwieją!

Co już się chowasz
A co z rozmową o nowej drodze
Ja się nie godzę!

Do Twojej twarzy
Oczy podnoszę nic nie widzące
Nie zachodź Słońce!




  • RSS