perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2011

Zostałam zmotywowana do nauki, a wobec tego do pisania biologicznych notatek na blogu. Czasu jest niewiele, trzeba szybko wyciągać wnioski. Pisałam na blogu – uczyłam się. Nie pisałam – prawie się nie uczyłam. Zatem do dzieła.

Ale najpierw o tym, że zmotywowała mnie koleżanka, której sposób myślenia jest bardzo nastawiony na działanie, a przy tym dość bliski mojemu (niepojęte). Dziękuję, Koleżanko. (Prawie jak „dziękuję, towarzyszu”.)
Napiszę o tym, jak ewoluowały różne narządy czy tkanki, czy jeszcze inne rzeczy zwierzęce.
Jedynymi beztkankowymi zwierzętami [Przez chwilę zastanawiałam się, jak to napisać. "Zwierzącami"? "Zwierzątkami?"] są gąbki i niektóre zwierzęta, które trudno przyporządkować do jakiejkolwiek grupy systematycznej.
Inne posiadają tkanki: nabłonkową, mięśniową, łączną i nerwową. Z tkanek i/lub ich wytworów powstają narządy.
Kiedy te same narządy u spokrewnionych zwierząt rozwijają się w różny sposób, mówimy o narządach homologicznych, a zjawisko takie nazywamy dywergencją. Gdy narządy z różnych struktór zarodkowych rozwijają się tak, by pełnić tę samą funkcję, najczęściej pod wpływem warunków środowiska, są one analogiczne, a zjawisko to określamy jako konwergencja.

Kłótnia

Brak komentarzy

Pokłóciłam sie z mamą o coś głupiego. O mój ton głosu, gdy jestem radosna.

Czy to była troska? Czy troska ujawnia się przedrzeźnianiem i krzykiem? Jak można w ten sposób w kimkolwiekcoś zmienić? Jak można komuś brutalnie zmienić ton głosu?

Wiem, że to nie ta droga, bo próbowałam tak oduczyć Anię mlaskania i śpiewania. I to nie było z troski! Niestety.”Nie mlaskaj! Możesz nie śpiewać?”

A może jestem „winna” mamie szacunek mimo wszystko i powinnam wysłuchać wszystkiego pokornie? W końcu ona dała i daje mi żyć. To, co teraz piszę, choćby były to hymny na jej cześć, jest bez znaczenia, skoro nie mam zamiaru nic powiedzieć.

Mama uważa, że powinna zawsze mieć ostatnie słowo, że jestem bezczelna, gdy coś odpowiadam, kiedy ona uważa temat za skończony. Zobaczmy, jak to może wyglądać z boku:

- Zrozum, nie chcę cię jakoś obrażać, po prostu taki mam głos, gdy jestem z ludźmi, którym… myślałam, że ufam! Mogę przy tobie zawsze być zła.

- Ale to nie jest jakiś ton. To jest dziecinne! Masz osiemnaście lat.

- Jak uważasz…

I nie powinno być, powiedzmy „jak uważasz”, albo „aha”, albo „ok”. To właśnie cisza wydałaby mi się obraźliwa. Dlaczego pozbawia mnie ostatniego słowa, którym nawet przyznałabym jej rację? Przecież nawet w druku, w książce, wyglądałoby to dziwnie.

Czytając „dialog”, zauważyłam, że to kłótnia w pewnym sensie o nic. Tak mogłabym ją wtedy potraktować. Nie potraktowałam, bo mnie to dotyka, że mama chce mnie zmienić. Że uważa mnie za niewłaściwą i do poprawy. I że zmieniając się, uległabym właśnie temu krzykowi i przedrzeźnianiu. Gdzieś przeczytałam, że przekształcać można tylko miłością. Nie chcę się zmieniać wobec takich środków. To mi daje poczucie niezależności. Nie chcę, aby mama pomyślała, że krzykiem może cokolwiek osiągnąć, bo to by strasznie mnie zawstydzało.

Może jedyne „zło”, jakie by z tego wynikło, to byłby właśnie ten wstyd. Wątpię, aby to zachęciło mamę do dalszego naprawiania mnie krzykiem, raczej byłaby zadowolona, że mnie poprawiła… Dlatego może powinnam w końcu przyznać jej rację i wybrać aktywność (robienie czegoś, aby się zmienić) od bierności.

A teraz kwestia, czy rzeczywiście taki ton jest czymś złym. Nie potrafię tego osądzić. Myślę, że do zaakceptowania. Inna sprawa, też dziś delikatnie przez mamę poruszana, to fakt, że mówię cicho i niewyraźnie. Nie dam rady. Niemożliwe, abym powtarzała za nią, jak automat, głośne i wyraźne słowa. Chciałabym mówić inaczej, ale to, że ktoś mi to wykrzyczy, nie pomoże. Ale ją to drażni i nie może tego znieść.

Wracając do tonu dziecinnego, często wynika z tego, że nie jestem pewna, czy to, co mówię, jest na miejscu. I nie czuję się do końca dorosła.

Dobrze, że to napisałam. Często gdy coś napiszę, potem to mówię, a dzięki temu, że przelałam te myśli na komputer, zmusiłam je do zaistnienia. Czasami coś się staje oczywiste dopiero, gdy zostanie nazwane.

Dziecko

Nie potrafię spojrzeć na to wszystko z humorem, bo za bardzo niepokoi mnie to, że problem nie został rozwiązany.

W opisie debaty padło pytanie „Czy jesteśmy stworzeni do zmartwychwstania”? Z jednej strony można do tego podejść, jak do pytania retorycznego. Wierzę, że właśnie „do tego” zostaliśmy stworzeni. Do bycia szczęśliwymi razem z Bogiem, po życiu na Ziemi (a nawet w trakcie).

Szkoda, że czasami wszystko tak bardzo się komplikuje. Pojawiają się dylematy i rozterki, przychodzą trudne sytuacje. Czasami wyjściem z nich okazuje się paradoksalnie zamknięcie w sobie, albo reakcja, której się żałuje. A w efekcie pojawiają się: wstyd przeszłości, lęk przed przyszłością i paraliż w teraźniejszości. 
Myślę, że wtedy ratunkiem może być tylko wiara w miłość Boga. Że mimo wszystko jest nadzieja na nowe życie. Doświadczyłam czegoś takiego po długim okresie nocy pełnych rozpaczy. Miałam dosyć życia wśród ludzi, których nie potrafiłam kochać, życia, w którym nie mogę się odnaleźć. Nie miałam pojęcia, co ja tu robię. Oglądałam z przyjemnością wszelkie horrory, w dzień patrzyłam spokojnie w oczy strachu, aby w nocy bać się śmierci i życia bez sensu!
Jednak przez cały czas były ze mną pewne Osoby, szczególnie Istotka. A latem pojechałam na rekolekcje oazowe. Tam nasłuchałam się takich cudownych rzeczy, że już nigdy nie poddałam się do tego stopnia rozpaczy. Zresztą rozpacz to grzech, to coś nielogicznego – to odwrócenie się od Boga, który chce naszego zmartwychwstania w przekonaniu, że jest ono niemożliwe!
Czego się nasłuchałam? Przede wszystkim tego, że, w co trudno było mi uwierzyć, wcale nie jestem skazana na takie życie. Że Bóg wcale tego nie chce. I jeszcze wielu inych rzeczy, których teraz nie przytoczę, bo nie pamiętam. A przecież wiem, że do teraz podtrzymują mnie w nadziei. Przyjmowałm je opornie i byłam okropnie w tym zagubiona, ale wróciłam szczęśliwa i pełna życia. Ach – pamiętam jeszcze, że dowiedziałam się, aby żyć teraźniejszością. Żeby nie wypominać sobie bez końca grzechów, które zostały już przebaczone przez Boga. A mogły być odpuszczone dzięki ofierze Pana Jezusa. I że te wszystkie problemy są Mu dobrze znane, a dla Niego nie ma nic niemożliwego… Że najlepsze, co mogę zrobić, to zaufać Mu, że On wie najlepiej, jak dojść do… Zmartwychwstania.
Zmartwychwstanie

Wielkanoc? Mam osiemnaście lat, ale do tej pory nie musiałam biegać po sklepach żeby załatwiać coś przed świętami. Niesety, zwykle wszystko przygotowywałą babcia. Może dlatego zawsze miałam czas, żeby pomyśleć. Dawniej – o śmigusie-dyngusie, a teraz o Zmartwychwstaniu. Dzisiaj za to myślałam o wolności. Zamieszczam tu swoje refleksje, trochę nieuporządkowane, przytoczone w ekspresowym tempie:

Od dawna po mojej głowie krąży myśl, że wolność jest w robieniu tego, co chcemy robić, ale nam się nie chce, w przekraczaniu granic, które ustanawia lenistwo czy łakomstwo. Czy można to nazwać rónież wyzwoleniem się z grzechu? Bo wierzę, że wolność jest w wyzwoleniu się z grzechu, ale powiedzmy, że intuicja mi mówi, że w dążeniu do celu mimo przeszkód, jakie stawia słabość. Czy więc można to do siebie porównać? Zacznijmy od tego, że czuję się z jednej strony bardziej, a z drugiej mniej „wyzwolona” od innych. Mniej, bo nie potrafię zmusić się do wstania z łóżka, lub do postu, chyba że sytuacja tego naprawdę wymaga. A przy tym widzę i słyszę, że inni lepiej sobie z tym radzą. Ale wszystko zależy od środowiska. Bo przecież w jednym czuję się bardziej praowita, w innym mniej. Zależy, jak  wyglądają, na przykład, moje oceny przy ocenach innych. Trzeba jednak pamiętać, że często na samoocenę wpływa otoczeniei lepiej swoje standardy oprzeć na czymś innym.

Tak, czy inaczej, powtarzając błąd z porównywaniem się do innych, mam wrażenie, że wiele osób, które spotykam ma większą władzę nad swoją słabością, a to na pewno wyznacznik wolności. Z drugiej strony, poczucie zniewolenia często wywoływał we mnie sam fakt przebywania z innymi i konieczność rozmowy.Czasami miałam wrażenie, że nie mogę się od kogoś uwolnić i nie mogę przez to robić tego, na co mam ochotę. A przebywanie z daną osobą nie przynosi korzyści (nie uczymy się niczego, nie robimy niczego ciekawego) ani jej, ani mi, a do tego nie jest przyjemne. Teraz nie czuję tego rodzaju zniewolenia, albo czuję to bardzo rzadko. Boję się go. Z jednej strony wtedy istnieje przymus zajmowania się tą osobą, z drugiej chęć na milczenie i samotność. W ogóle związki z innymi ludźmi bywają w dziwny sposób przerażające. Zupełnie inaczej wygląda to w książkach M. Musierowicz, gdzie bohaterowie są dla siebie przede wszystkim życzliwi i nie są nachalni. Nie doczytałam się sytuacji, gdy niewiedzieli, co powiedzieć i było im z tym źle. Może tylko wtedy, gdy Robert (chyba) odwoził Laurę do domu. Laurę, która z niego na pewien czas uciekła. Robert, przyjaciel jej mamy, uważał, że postąpiła beznadziejnie i dlatego siędo niej nie odzywał. Droga była długa, a radia nie było.

Teraz przypominam sobie czyjeś słowa, że wolność jest w miłości. Czy to rozwiązywałoby problem z bezcelową rozmową? Wyobraźmy sobie taką sytuację…

Ktoś do mnie (do mnie, czytaj „do mnie” – w sensie- do Ciebie) przyszedł. Ma zostać cztery godziny, bo nie może dostać się doswojego domu. I to powtarza się codziennie. A że znamy się ze szkoły, czy pracy i tam zwykle trzymamy się razem, teraz „powinniśmy” rozmawiać i czymś się wspólnie zająć. Ale nagle brak nam tematów, a, powiedzmy, oglądanie filmików, robi się nudne. Za wszelką cenę chcę już być sama, poczytać coś, pomyśleć, zjeść coś, na co ta osoba nie ma ochoty, a może nawet spotkać się z kimś bez przymusu.

Szczerość nie boli – miałam podobną sytuację. Wiem, że w tymjest dużo mojej winy. Przez to, że nie przyznawałam się do tego, na co mam ochotę, nie mogłam tego zrobić. Po jakimś czasie nie było odwrotu, za bardzo dotego przywykliśmy. Z drugiej strony, niektóre rzeczy naprawdę były”zabronione”, choćby czytanie książki, co wtedy było już nie tylko moją rozrywką, ale i rozpaczliwą ucieczką. Przed czym? Przed pustką, której tak pragnęłam?

A czasami mam wrażenie, że ci ludzie, którzy doskonale ze sobą się dogadują i chętnie spędzają razem czas, też są mniej wolni, bo nie robią tego, co… no właśnie. Bo nie szukają swojego miejsca w życiu, tylko żyją. A może gdyby usiedli sami i pomyśleli, dowiedzieliby się, że powinni pisać książki lub leczyć ludzi.

Czuję, ze w moim rozumowaniu jest dużo błędów. Czasami zauważam taki schemat: walka ze słabością –> bycie chętnym do pomocy i wspólnego spędzania czasu (choćby dlatego, że to ciekawsze od milczenia i powstrzymywania się od rozrywek) –>  ee… –> już nie byciechętnym do pomocy.

Gdzie leży klucz od wszystkiego?

Przecież w rodzinie też „trzeba” być razem, ale tam jest większa wolność (aha!) wyboru swoich zajęć i mniej udawania. Ta… bezsilność podczas przebywania z innymi musi wynikać z czegoś, co nie ma związku z rodziną. To…MOJE BYCIE POTWOREM!!! To moja osobowość, moje decyzje na to wpływają. A możeto po prostu… życie? Przecież nuda dotyka każdego. Co w tym dziwnego, że dotknie dwie osoby na raz? Trzy osoby na raz?

Być dla innych? Brzmi słodko i kusząco. Ale napotykam zaraz na egoizm. Nie- nie tak, że widzę tabliczkę z napisem „EGOIZM”. To się dzieje bardziej cichociemnie. Nie chcę rezygnować z własnych rozrywek, z odpoczynku… I to nie tak „NIE CHCĘ”, tylko „O, ktoś z klasy. Nie potrafię podejść i porozmawiać. Zresztą, i tak mnie nie lubi. Zresztą i tak zaraz skończą się tematy.” Tematy nie muszą się skończyć. Tematów jest więcej niż atomów w naszych obu ciałach. Więc dlaczego? Może nie chce mi się być odważną na tyle, aby przy tym zostać sobą i na tyle, żeby siebie zmienić.

Wolność wtedy byłaby wyzwoleniem się z grzechu i miłością, co należało dowieść.

Ale co z tego?

Wiem, co z tego. Będę teraz starać się być szczera ze sobą i z innymi! Będę starała się być dla innych! Przez… trzy minuty?

Skąd więc wziąć siłę do miłości i wolności? Cóż… będzie Wielkanoc.

Wolność

Z jednej strony banalna (piszę o poziomie podstawowym), a z drugiej jest sporo materiału, który bywa skomplikowany. Co innego biologia i chemia, które zwykle wydają mi się tak samo trudne. Ale skończę te filozoficzne rozważania na rzecz polecenia strony, na której można dowiedzieć się „co to jest prąd elektryczny”:  
http://www.fizykon.org/elektrycznosc/el_co_to_jest_prad_elektryczny.htm
. Można tam znaleźć kilka błędów, ale one nie przeszkadzają niczego zrozumieć.

Dzisiaj całe pół godziny byłam w szkole – na angielskim, ale to był przypadek. Potem wróciłam do domu i poszłam na balkon razem z wielkim fotelem i książkami do biologii. Postanowiłam bowiem zamieszczać dużo mniej wiadomości na blogu, a więcej czytać. Trudno stwierdzić, co jest bardziej efektywne, ale łatwo, czego nie chce mi się robić.
Wszyscy Drodzy Maturzyści, życzę Wam wiary w to, że zdacie.
Może napiszę później o tkankach i ich ewolucji, a także o ewolucji narządów zwierzęcych.
Kot

… i moje lenistwo. I dużo tekstu w podręczniku wydawnictwa WSIP. I mało czasu do matury. Przeażająco, lecz nie paraliżująco mało. Ale zdążyłam już usłyszeć, ile trzeba czasami nauczyć się w nocy przed egzaminem na studiach. Biorąc to pod uwagę, zostałao naprawdę dużo czasu. (Chociaż szczerze pisząc, zrobiło mi się naprawdę słabo, gdy przekartkowałam zwierzęta, dotąd nietknięte).

Wstęp.

Zwierzęta - wielokomórkowe i cudzożywne. Na przynależność do ich królestwa wskazuje przede wszystkim obecność kolagenu w ich substancji pozakomórkowej. Komórek nie okrywa ściana komórkowa, w błonach komórkowych – cholesterol, a na ich powierzchni - glikokaliks. W podziale komórki uczesniczą centriole. Między komórkami – desmosomy i inne połączenia międzykomórkowe. Między komórkami – substancja pozakomórkowa z wody, białek, cukrów i włókien białkowych, głównie kolagenowych, która łączy się z komórkami dzięki półdesmosomom.
Tylko u zwierząt w rozwoju zarodkowym występuje blastula. Jest to stadium rozwoju zarodka, przypomina kształtem piłkę, a zbudowana jest z jednej warstwy komórek otaczających wypełnioną płynem jamę. Przynajmniej na jednym etapie rozwoju zwierzęta są zdolne do przemieszczania się.
Łasica

Mejoza, obejmująca dwa podziały, występuje tam, gdzie organizmy rozmnażają się płciowo. W jej wyniku powstają cztery komórki haploidalne. Jako że liczba chromosomów zredukowana jest o połowę, mejoza nazywana jest podziałem redukcyjnym (zaznaczanym tak: R!). U zwierząt komórki haploidalne to gamety, które łączą się w diploidalną zygotę. U roślin i niektórych glonów komórki haploidalne powstałe w wyniku mejozy to zarodniki, które zamiast od razu połączyć się w zygotę, przechodzą podziały mitotyczne i tworzą gametofity, dopiero wytwarzające gamety.

Funkcja mitozy: redukcja liczby chromosomów, aby podczas zapłodnienia nie następowało ich zwielokrotnienie, spowodowanie zróżnicowania genetycznego potomstwa.
A teraz quickly przebieg mejozy…
Najpierw jedyna w mejozie interfaza z replikacją DNA. A potem…
Mejoza I:
  • profazaI: [Nikt tak naprawdę nie przystaje do tego świata, bo wszyscy mamy nieśmiertelne dusze. Czemu jestem tak okropna, czemu?] Kondensacja chromosomów, a potem koniugacja chromosomów homologicznych – przylgnięcie ich do siebie na całej długości. [I kto mówi, że to przeciwieństwa się przyciągają? Muj wujek to mądry człowiek, który twierdzi odwrotnie.] Takie połączone chromosomy to biwalenty, a że w każdym biwalencie są cztery chromatydy, kompleks ten nazywamy też tetradą. Zachodzi wtedy crossing-over, czyli wymiana fragmentów materiału genetycznego między chromatydami chromosomamów homologicznych. Następnie zanika koniugacja, jednak zostaje chiazma, czyli połączenie w miejscu wymiany. Rozpoczynają się też procesy zakończone podczas…
  • metafazy I: tworzy się wrzeciono podziałowe, zanika otoczka jądrowa, a tetraedry ustawiają się centromerami w płaszczyźnie równikowej wrzeciona. Do każdego centromeru przyczepiają się mikrotubule.
  • anafaza I - chromosomy homologiczne są przyciągane do przeciwnych biegunów. Przypadek decyduje o tym, gdzie trafi matczyny, gdzie ojcowski. Przy każdym biegunie znajduje się przypadkowy zestaw chromosommów matczynych i ojcowskich, po jednym z każdej homologicznej pary.
  • telofaza I - częściowa dekondensacja chromosomów, odtworzenie otoczki jądrowej. Powstają dwa jądra hpaloidalne.
Mejoza II:
  • profaza II: kondensacja chromomów, rozejście się centrioli.
  • metafaza II: zniknięcie otoczki jądrowej, ustawienie chromosomów w płaszczyźnie równikowej komórki, przyczepienie mikrotubuli do centromerów.
  • anafaza II: zanik sił łączących chromatydy siostrzane i przemieszczenie się nich do przeciwległych biegunów. Każda z nich zostaje samodzielnym chromosomem.
  • telofaza II: pojawienie się otoczki jądrowej i dekondensacja chromosomów.
Po cytokinezie powstają cztery komórki haploidalne. Zaznaczam, że tylko w mejozie I następuje zredukowanie o połowę liczby chromosomów.
geny
Z chaosu chromatyny
W otoczce ciasnej jądra
Powstaje chromatyda
Śmieszna i niemądra
Rozgląda się dokoła
Widząc wciąż nieostro
Ktoś mocno wpół ją ściska
I puścić nie chce – siostra
Trzymają się nawzajem
Przejęte swą bliskością
I tylko siebie znają
Tak silną wrząc miłością
I w sploty sobie patrzą
W szeregu ustawione
Przez smukłe białek włókna
I siłę niewiadomą
Wtem obraz się wyostrza
Nareszcie widzą wszystko
I to, jak bardzo pragną
I to, że są tak blisko
A nawt przeczuwają
Uczuć swych przyczynę
Że wnętrze jedno mają
I myśli tylko inne
Lecz popłoch nagle zamęt
Coś bardzo im zagraża
I puszczać dłonie każe
To idzie anafaza!
Tym włóknom zaufały!
Że tylko je przesuną
A one ciągną szarpią
Zrzucając maskę złudną
A one – chromatydy
Jak dwa samotne ptaki
Jednym ściśnięte bólem
Ostatnie dają znaki
Machają płaczą krzyczą
Ciągnięte w różne strony
Za nimi smugę kreśli
Centromer pokrwawiony
Jeszcze się nawołują
Choć widzą znów nieostro
„Siostro! Bardzo Cię kocham!
Nie odchodź proszę siostro!”
W chaosie nowych struktur
Nie wie, kogo obwinia
I za kim tęskni nie wie
Ta sama chromatyna
Dłonie

Cykl komórkowy ma trzy fazy:

1interfazę - najdłuższą, a w niej faza S, gdy nastepuje podwojenie się chromosomów. W trakcie interfazy następuje także wzmożona synteza białek tworzących organelle komórkowe lub enzymy, kwasu neoksyrybonukleinowego, a w jąderku synteza RNA – to jego cząsteczki przenoszą informacje o budowie białek z jądra do cytoplazmy. W interfazie także zwiększa się liczba centrioli, aby mogło powstać wrzeciono podziałowe. nie jest tak w przypadku roślin nasiennych, których jądra dzielą się bez udziału wrzeciona.
2 - podział jądra, więc mitozę lub mejozę,
3 – podział cytoplazmy – cytokinezę [u grzybów, z tego, co pamiętam, połączenie cytoplazmy to plazmogamia, a połączenie jąder - kariogamia i może być plazmogamia bez kariogamii...]
2 i 3 – faza M.
Funkcje mitozy: wzrost organizmu, regeneracja jego tkanek, dostarczenie komórek potomnych o takim samym materiale genetycznym, a także umożliwienie rozmnażania bezpłciowego niektórym organizmam.
Składa się z czterech faz:
Profazy - formowanie się podwójnych chromosomów z chromatyny (dzięki temu nici chromatynowe nie splątują się w czasie podziału), zanik jąderka i otoczki jądrowej, rozejście się par centrioli do przeciwległych biegunów komórki, początek powstawania wrzeciona podziałowego – mikrotubul rozciągniętych między biegunem, a równikiem komórki.
Metafazy - dotarcie par centrioli do przeciwległych biegunów, zkończenie formowania się wrzeciona, ustawienie chromosomów w płaszczyźnie równikowej komórki, do każdej chromatydy siostrzanej przyczepienie dwóch mikrotubuli.
Anafazy - Podzielenie  centromeru na dwie części. Każda z dwóch chromatyd siostrzanych staje się odrębnym chromosomem i, ciągnięta przez skracające się mikrotubule, wędruje do jednego z biegunów komórki.
Telofazy - odwrotność profazy. Tak więc tworzy się otoczka jądrowa, następuje dekondensacja chromosomów, zanika wrzeciono podziałowe i tworzy się jąderko  [Zanika, tworzy się... ale jakim cudem? To cud.]
W efekcie powstają dwa jądra potomne i przebiec może cytokineza - tworzenie się przegrody dzielącej nowe komórki. U zwierząt polega ona na stopniowym pogłębianiu się przewężenia w płaszczyźnie równikowej komórki macierzystej, a u roślin za pomocą fikoplastu (wrzeciono zanika, a między nowymi jądrami pojawia się fikoplast. Równolegle do niego formuuje się ściana komórkowa), fragmoplastu (wrzeciono nie zanika, lecz przybiera bardzej beczułkowaty kształt, a nowa ściana komórkowa powstaje prostopadle do niego. Ten typ cytokinezy jest typowy dla roślin lądowych), lub trwałego wrzeciona kariokinetycznego (ściana komórkowa tworzy się odod brzegu i rośnie, aż „przecina” wrzeciono).
Rozstanie

Nie chce mi się pisać wszystkiego na blogu – to mnie przerasta. Teraz będę tu zamieszczać tylko naprawdę ważne rzeczy. Dzisiaj kończę mitozę i mejozę i nadrabiam jak najwięcej zaległości.

A śniło mi się, że grupa ludzi, w tym ja, ma być zabita. Brali każdego do pokoju z dwoma mężczyznami i balkonem, kazali nałożyć sobie pętle na głowę i skoczyć w dóóóół. Grupa tamtych ludzi mogła być jeśli nie przestępcami, to kimś w tym rodzaju, jednak rozstawali się z życiem łatwo i szlachetnie, przed skokiem wypowiadając jakieś sentencje o byciu dla innych.
Nie należałam do tej grupy, ale oni, chyba też z pogranicza prawa, złapali mnie razem z innymi. Zostałam tylko ja, więc wzięli mnie do tamtego pokoju. Mężczyźni tam siedzący byli odprężeni i pogodni. Jeden z nich szykował dla mnie pętlę z grubego białego sznura, drugi chyba bawił się małym karabinem. Ale ja nie chciałam skoczyć. Myślałam, ze to bez sensu – mam sama skoczyć, chociaż nie chcę, że to poddanie się zbyt łatwo. Oni śmieli się, bo wyglądałam przy tym rozpaczliwie. Wyszło na to, że tamten z karabinem mnie zastrzeli. Stanęłam w oczekiwaniu, ale zaraz potem krzyknęłam, żeby zaczekał. Nie mogłam się pogodzić z tym, że mam tak po prostu umrzeć, że powinnam przecież coś jeszcze zrobić. Potem (żałosne), schowałam się za stojącym tam przypadkiem czarnym fotelem komputerowym, by wreszczie wyskoczyć zza niego z rozpaczliwym krzykiem na ustach „Panie Jezu, przepraszam, że…” i tu wymieniłam rzecz, która najwyraźniej najbardziej niepokoi moje sumienie. Tamten zaczął strzelać, widziałam pomarańczowe odbłyski od karabinu (nie wiem, czy to możliwe) i niby czułam kule, ale to nie bolało, bo to mimo wszystko był sen. Obudziłam się zupełnie nieruchomo leżąc na plecach, z nogą na nodze i rękami, jakbym przed chwilą przewróciła się na łóżko. 
Sen

  • RSS