perypetie-maturzystki blog

Twój nowy blog

Właśnie wróciłam z małej rowerowej wyprawy. Pojechałam na kamienny mostek bez barierek. Usiadłam i wrzucałam do wody małe kamyczki, patrząc, jak dzięki temu daleko, daleko rozchodzą się koliste fale. Miałam o czym myśleć.

Po pierwsze zastanawiałam się nad swoimi studiami. Ten blog pamięta czasy, gdy były one tylko odległym, pięknym marzeniem. Teraz kończę czwarty rok, nie bez problemów (!), i znów staję jakby na rozdrożu. Uwielbiam marzyć, ale teraz przytłaczają mnie strach i codzienność. Wyrwałam wczoraj i dziś dla siebie chwilę z przyrodą. To przywróciło trochę tej dawnej mnie, tej, która wierzyła, że są sprawy piękne, którymi warto się zajmować, którym warto poświęcać czas i uwagę. Sprawy niezwykłe, pociągające. Że tam są poszukiwania Celu i literatura. Że do różnych relacji można włożyć też i te piękne sprawy.

Ale czym właściwie była ta dawna ja? To osoba, która zawsze bardzo się oszczędzała. I to się nie zmieniło, niestety! Nie potrafię sobie wyobrazić codziennego ośmiogodzinnego wysiłku, nawet jeśli miałby to być wysiłek nad średniowiecznymi wierszami. Przerażają mnie różne pułapki, które czyhają nad każdą robotą polonistyczną (wielość źródeł, konieczność wyborów, trudności ze zrozumieniem), ale też moje zmęczenie, znużenie, ból głowy, niewyspanie, niewygoda. Dlatego, mimo że teraz mam w perspektywie ślęczenie nad duchowością ludzi średniowiecza, jeszcze nie poczułam ożywczej motywacji i radości i boję się, że przez to nie uda mi się doprowadzić zadowalająco sprawy do końca.

Minęła już większość egzaminów, dlatego moje myśli odrywają się trochę od studiów i przyszłej pracy (bo gdzie, za ile, jak znaleźć?). Poczułam, że potrzebuję czegoś nowego, ożywczego w relacjach i w życiu. Zamarzyły mi się wyprawy w miejsca, do których boję się teraz chodzić sama, a może bardziej rozmowy pełne pasji. Nigdy nie byłam bardzo towarzyska, ale mam wrażenie, że coraz bardziej zbliżam się do ludzi. Tylko teraz zapragnęłam w tym rozmów o ideach, świecie, książkach. Zapragnęłam też zrobić coś nowego, twórczego, coś odkryć, ale tym razem nie sama. No i może poczytać znów coś bardziej ambitnego, bo o dziwo dawno nie czytałam!

Tymczasem bezsenność zaprowadziła mnie w ciekawe rejony fejsbuka – na stronę ,,Warszawa: Poznajmy się”. Nie udzieliłam się tam w żaden sposób, ale z ciekawością czytałam ogłoszenia mężczyzn w moim wieku. Odkryłam, że praktycznie wszyscy wymieniają tylko kilka stałych aktywności z potencjalną dziewczyną: rower, spacer, kawa (piwo), kino. Błagam. Kto dziś chodzi do kina? Kto dziś chodzi do kina często? Kino jest drogie. Błagam. Czy rower to jedyna aktywność sportowa, jaka większości społeczeństwa przychodzi do głowy? Błagam. Czy serio tak właśnie wygląda dorosłe życie osób zapracowanych, czy dla nich wymagania ograniczają się do chwili wytchnienia na siodełku albo na wiślanych schodkach? I: błagam. Czy ja miałabym ciekawsze pomysły? I: błagam. Czemu nie próbuję nawet czegokolwiek ciekawego wymyślać i realizować? I wreszcie: błagam. Dlaczego jestem nadal bezludna i samotna?

Może w moim życiu nie ma miejsca na relacje. Są tylko strach i zranienia. Dlatego proszę Go: kochaj mnie bardzo mocno, żebym była nasycona miłością (nie mam lepszej metafory) i żebym mogła, syta i gotowa na pracę, iść do ludzi. Żebym nie bała się nowych rzeczy i własnego wysiłku w wymyślaniu ich. Żebym nie bała się nawet nudnego wysiłku, jeśli będzie konieczny. Żebym… nie, więcej nie napiszę, bo to już by było na wyrost. Żeby kochał mnie z całych sił i żebym potrafiła tę miłość przyjąć. Żeby wrzucił pierwszy kamyczek.

Czy głęboka przemiana jest możliwa? Czy jest powszechna? W kościołach kapłani mówią czasem: ,,Do świętości powołany jest każdy w nas. Po prostu w to uwierzcie.” I jak w to wierzyć, gdy wokół widzę dużo zagubienia, zardzewiałych schematów i buractwa? Gdy w sobie to widzę? Różne są wady. Te typowe, jak lenistwo czy egoizm (dobry egoizm to oksymoron będący ukłonem w stronę współczesnej psychologii) i te dorosłe, których uroczy katalog stworzył autor ,,Małego Księcia” (przy okazji – rzeczywiście pilot samolotu). I na pewno mądrze jest stać się człowiekiem: dojrzałym, z wartościami, których uczy życie, rozum i Bóg.

No ale jak? Są wydarzenia, które nie przemieniają nic wewnątrz człowieka, co świetnie ilustruje poniższy komiks:

http://czasemsmieszne.cba.pl/main.php?page=comic&comic_id=104
Myślę, że właśnie po podejściu do swojego statusu społecznego i materialnego widać, czy człowiek jest dojrzały i żyjący wartościami (roboczo tak to nazywam). Tak jak trudno zacząć żyć jak arystokrata z prawdziwego zdarzenia, o ile tacy kiedykolwiek istnieli, tak też trudno arystokracie pozbyć się swojego bogactwa i zrezygnować z wygód i zaszczytów. Nieco inną kwestią jest fakt zdobywania ,,czegoś”. Bo przecież nasze dzieci potrzebują nie tylko być mądre i dobre, ale też mieć za co kupić te wszystkie grube książki i gdzie położyć strudzone główki po całym dniu nauki i zabawy. Myślę, że i po tym pozna się człowieka. Lepiej jest żyć z kimś, kto będzie odpowiedzialnie zdobywał niezbędne dobra niż z takim, kto powie ,,daj” i położy się, żeby oddać się filozofii pełnego brzucha.

Ale odbiegłam od głównego tematu. Wydaje mi się przede wszystkim, że głębokie przemiany nie są powszechne. Może pomijając dojrzewanie, o którym tyle powstało powieści i filmów. To ten okres, kiedy człowiek ostatecznie kształtuje swój światopogląd i sama psychika potem wzbrania się przed ingerencją. O tym przynajmniej przekonywała mnie profesorka od psychologii czy pedagogiki.  Ale żeby dorosły człowiek coś w sobie przewartościował, trzeba chyba albo silnych doświadczeń, albo… właśnie, czego? I dlaczego w ogóle pytam?

Zanim odpowiem, chciałabym podzielić się fragmentem ciekawego artykułu. Wg autora ,,Społeczeństwo zachłysnęło się – jak to nazywają specjaliści – amerykanizacją oczekiwań, że każdy może wszystko, i napakowaniem energią do nieustannego odkrywania w sobie supermena. Sęk w tym, że imperatyw wzlatywania ponad poziomy nie ma poduszki bezpieczeństwa.” Współczesność zatem sugeruje nam, że możemy się głęboko przemienić, możemy zrobić ze sobą wszystko, co tylko chcemy. Ale nie mówi nic ta współczesność o tym, jak żmudny jest to proces.

Bo właśnie – myślę, że taka przemiana mogłaby być możliwa, ale tylko jeśli okupiona ogromnie ciężką pracą. Wyrywaniem każdego baobabu z osobna. Ale nie jakiegoś tam baobabu lenistwa i już. Baobabu najgłębszych lęków i żali. A poduszka bezpieczeństwa? Chciałabym napisać – Bóg. Ale nie mogę. Nie umiem sama Go znaleźć i Mu uwierzyć. Chciałabym napisać – przyjaźń i miłość. Ale nie mogę. Nie przestałam wątpić w obie albo raczej w siebie w nich. Więc napisałabym – życie. Ale życie może mijać bez echa w żyjących. Dlatego napiszę – wszystko powyższe. A ja jeszcze chodzę na psychoterapię, bo moje lęki i żale przytłaczają mnie niemal nieustannie.

Tak, głęboka przemiana jest możliwa. Byle nie zamknąć się na żadne ze źródeł. Może i mądre książki mogą ją zacząć. Mądre piosenki, filmy. Nie mogę bać się pracy i porażek i odrzucać czegokolwiek, co może pomóc mi być lepszym człowiekiem.

To tak wzniosłe i moralizatorskie, że bardzo chcę coś jeszcze dodać. Może to, że zapewne zaraz zagram w Kapitana Pazura.

Brak komentarzy

Cierpię na kryzys światopoglądowy. Gdy w formularzu dla ewentualnej przyszłej statystki musiałam napisać swoje życiowe motto (po co?), nie zastanawiając się ani chwilki wpisałam ,,NIC NIE WIEM.” I tak sobie bujam od miesięcy, jeśli nie od lat. Nic nie wiem, nie ma czarnego ani białego, wysokiego ani niskiego. Trudno mi się zachwycić i trudno przyłożyć do jakiejkolwiek sprawy.

Pomyślałam sobie ostatnio, że winien jest, być może, częściowo, Internet. Bo to tu się zewsząd sączy irrrronia, tu siedzibę ma kwejk, tu na fejsbuku łatwiej o idiotyzmy niż o cokolwiek innego, a jak już są dyskusje, to wciąż te same argumenty się przewracają jeden o drugi.

Ale przecież to nieprawda. Nie Internet winien mojemu stanowi, a przynajmniej nie bezpośrednio. Zauważyłam, że łatwość wpisania statusu na fejsbruku sprawia, że robię to przez kilkanaście sekund i zapominam o tym, nad czym mogłabym się dłużej zastanowić! I że przyzwyczaiłam się do obrazków, więc zamiast czytać dłuższe teksty, dzięki którym coś mogłoby ruszyć w mojej coraz bardziej pustej główce, oglądam komiksy.

Przyzwyczaiłam się do tego, że komputer i sieć upraszczają wszystko, więc gdy już się podłączam, ja także wszystko upraszczam. I patrzę już bez zgrozy na wszechobecne emotikony, na upraszczające i oparte na stałych schematach wielkie odkrycia piętnastolatków i, o zgrozo (jednak), dorosłych, pracujących albo studiujących ludzi.

I w mojej głowie świat staje się kolorową, niepewną zabawką, w której wszystko zmienia się z byle powodu, kalejdoskopem, który operuje wciąż tymi samymi szkiełkami, nudną interpretacją trzylatka, który nigdy nie słyszał o symbolu i głębszych zależnościach.

A z drugiej strony mam gdzieś na widoku świat ludzi, którzy szukają gdzie indziej, a jednak chyba wciąż tak samo płytko i nie wiem, gdzie jest w końcu to prawdziwe życie, nie wiem, nie wiem!!! Do pioruna, do burzy z piorunami, do błysku i grzmotu! Nie wiem.

Przecież nie w książkach.

Toruń

Brak komentarzy

Jutro wybieram się na samotną wyprawę do Torunia. Koniec sesji, więc niemal każdego dnia coś się dzieje, a tu taki wyjazd z punktu W do punktu T?! Tak, bo bilet w obie strony kupiłam już jakiś czas temu, gdy myślałam, że 25.06 będą dawno wakacje.

I co ja zamierzam robić w tym Toruniu? Przede wszystkim znaleźć się tam. Następnie zwiedzić miejsca polecane przez internet i Kasię, a także takie, których nazwy brzmią ciekawie, czyli Dolinę Marzeń oraz ulicę Gałczyńskiego. Chcę też zakupić pierniczki i ewentualnie zaszyć się na chwilkę w miejscu, gdzie poczuję się bezpiecznie albo w otoczeniu ładnym, zielonym i inspirującym do pracy twórczej.

Bo jadę sama. A samotność na wędrówkach jest czasami smutna i zniechęcająca do chodzenia i patrzenia. A jak mówię, że jadę sama, to ludzie pytają: ,,sama?!”. A ja pragnę tej wyprawy samotniczej, pragnę się ruszyć dalej niż do ,,Żabki”, bo może wtedy moje myśli ruszą w końcu do przodu, może stamtąd zaczerpnę sił do codzienności. A wreszcie – może w drodze pouczę się na kolejne zaliczenia. A wreszciej – może na ulicy Gałczyńskiego dopadnie mnie mania pisania licencjatu. A jeszcze wreszciej – może coś zobaczę i opiszę, a może tam – z dala od moich dwóch dobrze znanych miast – odważę się na jedną małą, grzeczną przygodę.

Podróż otwiera, obudza. Podróż zmusza do ruchliwości i do zmiany perspektywy. A w Toruniu nigdy nie byłam. Podróż to też ucieczka. Złudna nadzieja, że gdzieś tam lustra działają inaczej.

Są dwie opcje.

Pierwsza – człowiek poznał dogłębnie jakiś polityczny system, przemyślał go i w niego uwierzył. Może nawet bezpośrednio doświadczył skutków panowania różnych grup, różnych ludzi. Ma wiedzę i uczciwie zna się na tym, co dzieje się na świecie. Być może do tego, co ma miejsce na górze jego kraju podchodzi bardzo osobiście, może czuje się tak, jakby żył z politykami w jednym domu, poznał ich dobrze, jakby został przez nich zraniony lub jakby okazali mu troskę. Jest to opcja ludzi mądrych. Ludzi świadomych. Ludzi, którzy myślą i nieustannie weryfikują myślenie i nie uważają, że to strata czasu, przeciwnie – są pewni, że to rzecz najważniejsza. Takie osoby wybiorą mądrze mądrych kandydatów dla dobra wszystkich.

Druga – człowiek poznał różne systemy z nazwy, z twarzy. Wie, jak działają, bo posłuchał trochę na lekcji historii, WOS-u, trochę poczytał w Internecie, w gazetach. Trochę myśli, ale nie tyle, żeby cokolwiek wiedzieć na pewno. Gdy ma się do czegokolwiek odnieść, musi polegać na swojej intuicji. Czy coś jest dobre, czy niedobre – tego nie wie. Wie, że coś mu nie pasuje. A dlaczego – bo nie zgadza się z jego osobowością i podejściem do życia. Nie będzie chciał komunizmu, bo sam nie lubi, gdy ktoś nie doceni jego własnej pracy. Nie będzie pragnął solidarności, bo jakoś stroni od jedności z kimkolwiek poza grupką wybranych. Tacy ludzie wybiorą losowy system, który będzie w miarę z nimi zgodny. Nie zagłębią się w niego, bo nie chcą zajmować swoich głów polityką.

Więcej opcji chyba nie istnieje. Oczywiście mogą być rozmaite zapożyczenia między powyższą dwójką, ale to by było na tyle. Nie biorę pod uwagę tych wszystkich, których zwiodły media – tych, którzy święcie wierzą, że pani w telewizji mówi tylko prawdę, że nikt nigdzie nie kręci albo tylko troszeczkę.

Tuż przed zeszłorocznym Sylwestrem pojechałam z mamą na późne zakupy. Przez całodobowe ,,Tesco” przetaczały się gromady młodych ludzi z identycznymi i łatwymi do odgadnięcia zawartościami wózków. Robiłyśmy zakupy dla kilku osób – miał przyjechać mój chłopak, przyjaciółka i koleżeństwo. To miała być moja pierwsza w życiu domówka (nie licząc urodzin z okazji ukończenia kilku roczków), zatem wieczór był już szczególny, gdy odebrałam typowy telefon od mamy poszukującej korepetytorki dla dwunastoletniego syna. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak.

- Czy może pani udzielać korepetycji mojemu synowi?

- Tak!

- A gdzie pani dokładniej mieszka? [w ogłoszeniu podałam tylko ogólną dzielnicę Warszawy - przyp. autorki] Bo my mieszkamy na tej o dzielnicy.

- O! Ja też!

- O, jak dobrze! A dokładniej? My przy tym o miejscu.

- Ja także!

- O! My mieszkamy pod tym numerem bloku.

- I ja!!!

- My mieszkamy w tej o klatce, tej przy tym o.

- Ja też!

- A my pod numerem o tym mieszkania.

I okazało się, że mój obecny uczeń ma w pokoju biurko niemalże dokładnie nad moim (trochę bardziej w lewo), piętro wyżej… Chodzę tam bardzo, bardzo często, bo jego rodzice są ambitni, a on pracowity. Bardzo go lubię, mimo jego wredności.

A dziś jest już ciepło. Pojechałam spotkać się z przyjaciółką w centrum. Jadłyśmy sobie smaczne rzeczy w ogródku kawiarni, niczym modnisie czy hipsterki z Warszawy. Jakaś starsza pani dmuchała dymem prosto na nas. Moja nieśmiała i uprzejma przyjaciółka wstała i zwróciła jej uwagę. Potem okazało się, że to chyba właścicielka kawiarni.

Przyjaciółka miała autobus do innego miasta wpół do 22. Zostawiłam ją w środku i poszłam na most Poniatowskiego. Patrzyłam długo na rzekę ludzką, tak nią zafascynowana, że nie zważałam na Wisłę. Potem zmieniłam sobie stronę mostu i patrzyłam na pociągi, a później przekroczyłam rzekę i jeszcze chwilkę obserwowałam tłumy przy ogniskach. Następnie podreptałam przed Stadion Narodowy, ale było tam tak pusto i dziwnie, że poszłam na przystanek. Autobus przyjechał od razu, nawet musiałam podbiec. W środku gawędziłam sobie przez telefon, gdy nagle usłyszałam zza pleców:

- Hey! Hey! Hey, girl!!!

- Yes?

- Czy wiesz, gdzie muszę wysiąść, żeby dojść do tego miejsca? [po angielsku ten dialog i kolejne, ale boję się błędów - przyp autorki]

- Tak, na przystanku tym o, też tam wysiadam.

- Okej, czyli muszę wysiąść tam gdzie ty?

- Tak.

Wysiedliśmy.

- Girl! Where is…?

- To coś jest tam.

- Nie. Czy możesz mi pomóc dojść na tę i na tę ulicę?

- Tak, mieszkam tam.

I podreptaliśmy. Po drodze dowiedziałam się, że przyjechał do rodziny aż ze Szwecji i że odwiedza kogoś chorego na raka. I – tak, właśnie tak – dreptał prosto do moich sąsiadów, u których pracuję jako nauczycielka.

To było bardzo dziwne uczucie – rozstać się z nim tuż przed drzwiami mieszkania.

Obie historie są prawdziwe (choć tak nieprawdopodobne, że uznałam za konieczne potwierdzenie tego faktu) i jestem bardzo ciekawa komentarzy sąsiadów!

Mam tragiczną sytuację związaną z w-fem na mojej uczelni. Trzeba powiedzieć, że na moim kierunku muszę wyrobić cztery semestry w-fu w ciągu trzech lat. Na pierwszym roku w ogóle nie zawracałam sobie tym głowy. Na drugim roku niestety zrobiłam tylko jeden semestr (zajęcia z pływania zostały haniebnie zaniedbane), teraz jest rok trzeci, semestr drugi, a ja ostatecznie wyrobiłam tylko dwa semestry! Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie moje słabo uzasadnione lęki o wolne dni na spotkania z Pawłem i nieskończone przeciąganie z podjęciem decyzji o zapisaniu się na zajęcia w wyznaczonym czasie. Wreszcie stało się tak, że wszystkie szanse zmarnowałam, a mogłabym spokojnie uczęszczać na w-f dwa razy w tygodniu i wszystko byłoby w porządku… teraz moją najostatniejszą szansą jest tzw. kurs przyspieszony, a na tym kursie – siłownia i JOGA.

O jodze słyszałam od dawna – że zagrożenie dla chrześcijanina, że odwołanie się do mocy obcych Jezusowi… że niektórzy podchodzą na luzie, że taka sportowa to tylko dla relaksu i dla rozciągania. Ale ja nie chciałam mieć z nią nic wspólnego. Mam jakieś doświadczenia z samouzdrawianiem i do teraz mam pewne problemy. Być może nie związane z tym, ale dużo wskazuje na to, że przeciwnie. Zapytałam o zdanie przyjaciółki, którym ufam (każda mówiła coś zupełnie innego) i wykształconego, doświadczonego spowiednika-egzorcystę (zabronił mi w tym uczestniczyć). Sama czułabym się źle w środowisku, które, być może, trochę na niby, oddaje się w ręce jakichś energii. Sama  zamykałabym się na wszelkie wpływy, starałabym się po prostu nie wczuwać w to, co robię, ale nie wiem, czy to wystarczy.

Ale pytałam w dziekanacie – niewyrobienie w-f-ów  oznacza powtarzanie roku. Wszystko to moja wina, wiem. Nieprzykładnie olałam sprawę. Tylko teraz jest czas, żeby  końcu zacząć działać. Byłam u pani z wyżyn władczych w-f-owych i poleciła mi porozumieć się bezpośrednio z prowadzącą zajęcia. Dała mi maila. Zwlekam z tym, jak tylko mogę! Co to za kobieta? Jak się odniesie do moich wątpliwości na temat tego, co ona raczej uznaje za samo dobro? Czy pozwoli mi rozciągać się na boczku, czy raczej uzna to za lekceważenie, rozwalenie zajęć i nie będzie chciała do tego dopuścić? Czy mogę się powołać na panią z wyżyn? Przecież wszyscy zainteresowani dostaną swoją kasę (za kurs przyspieszony płaci się 300 zł). Ale czy to nie będzie uznane za czystą bezczelność? Ne mogę teraz wysłać tego maila, bo jest w zeszycie, który zostawiłam w domu. Mogłabym poprosić o niego panią z wyżyn (mailem – odpisuje natychmiast!), ale się boję.

Ale trzeba mieć to za sobą. Muszę po prostu teraz wymyślić treść i zapisać ją sobie, a wysłać, gdy tylko wrócę do domku. Naprawdę – chyba wolałabym złamać nogę, ale nie wiem, czy nawet coś takiego by pomogło w mojej sytuacji.

Serce to poetycka nazwa uczuciowości człowieka. Moja uczuciowość wyginęła dawno przed narodzeniem. Moja uczuciowość to jakaś pusta bańka błociana. Moje serce to zgniła bryła. Zacięta bryka, i już nie bryka. Ale nie żeby kiedyś brykało. Kakało.

Ach, Serce moje, tyś Niepokojem! I to tylko niepokojem, niczym innym. Serce, serduszko… żebyś ty raz, tak cichutko… tak… piknęło? Ale nie! O nie! Głucha cisza, cisza tak głucha, że tylko woła ,,słucham?!!!”, a ja słyszę ,,uruchom!!!” i działam. A nikt działać nie każe, przed żadnym ołtarzem. Serce, serdeńko, żyjesz ty? ,,Nie!” – odpowiadasz i milkniesz na kolejne pięć minut.

Serce! Kochanie… no powiedz mi coś pocieszającego, uratuj mnie przed pustką, przed umieraniem powolnym, codziennym. W tym lenistwie, w tej pracy, w tym zachwycie słońcem na blaszce miedzianej, na piesku puchatym… serce…

Ale tyś jest błoto, tyś sromotą, tyś, jeśli pieszczotą, to strutą!!! Serce, ty draniu. Serce…

No to mam dla Was, Czytających, super opcję. Zainspirował mnie serwis zapytaj.onet.pl, a dokładniej pytanie jednej z użytkowniczek:

,,Jeśli moglibyście raz przenieść się w czasoprzestrzeni, w jakich czasach, dacie, chcielibyście wylądować?”

No i ta opcja dla Was: jak będziecie zasypiać, to sobie odpowiedzcie na to jakże niebanalne (wiem…) pytanie. Moja odpowiedź jest taka:

Chciałabym przenieść się do epoki romantyzmu, w okolice pobytu Goethego, Mickiewicza czy Norwida i popatrzeć, jak oni żyli na co dzień, ci nasi wielcy, których znamy tylko z papieru.
Albo – do średniowiecza i popatrzeć na życie codzienne tych ludzi.
A w sumie najmocniej – do starożytności i pooglądać Sokratesa i Platona.
Albo nie! Do 30 roku naszej ery i spotkać Chrystusa, tak po prostu.

I ten ostatni wybór już zostaje. Choć jeszcze może bym grzebała wśród Żydów, gdy prowadził ich Mojżesz albo gdzieś w te okolice. Żywe i prawdziwe postacie z Pisma Świętego, którego słucham, które czytam odkąd pamiętam! Te zalążki, narodziny religii, która stała się jedną z podstaw naszej cywilizacji, oskrobane z naleciałości. Nie wiem, czy coś by się zmieniło, gdybym mogła naprawdę porozmawiać z Chrystusem, czy byłby dla mnie kimś takim jak dla wielu ówczesnych. Czy nie uważałabym Go za szalonego, podważającego długą tradycję Prawa. To znaczy nie uważałabym na pewno, bo znam kontynuację Jego misji i wierzę w nią. Ale przecież nadal bym jakoś tkwiła w swoich relacjach, nadal by były dla mnie ważne, nadal byłabym jak ten młody chłopak, który ma tyle, że boi się to stracić. Więc po co bym tak chciała zobaczyć Chrystusa na żywo, skoro mam wyobraźnię? Może po to, żeby zobaczyć, jak bardzo się mylę…

 

My – małe lwiątka – zawdzięczamy językowi swego rodzaju oczy i uszy, wzajemne porozumienie, a także przeszłość i przyszłość w głowach –  hulajnogę do przejażdżek po pamięci i samolot do marzeń o tym, co potem. My, małe lwiątka, możemy językiem nazywać, organizować, możemy bawić się nim i tworzyć. Ma swoją historię, która uczy też o ludziach, jacy nim się posługiwali i posługują (choćby klasyczny przykład z nazwami kolorów – w niektórych językach jest ich więcej, a są takie, których użytkownicy nie rozróżniają niebieskiego i zielonego), wsłuchując się w niego, poznajemy narody i siebie nawzajem. My, małe lwiątka, sami jesteśmy językiem, zrośliśmy się z nim tak, że nie umiemy już być odrębni – spróbujcie przestać myśleć. Chyba tylko w momentach wielkiego strachu albo wielkiej rozkoszy, a i wtedy słowa, które przychodzą na myśl, opowiadają jakąś historię.

I my – małe lwiątka – wzgardziliśmy językiem, naszą kochaną lwicą, jedną z lwic Europy, Azji czy Afryki. Lewek bez lwicy staje się rośliną i żyje życiem roślin. Wilcze dzieci przystosowują się do społeczności wilków i nie ma w nich nic ludzkiego. I my – małe lwiątka – nie kochamy lwicy. Po wypowiedzi językoznawcy w telewizji mówię mamie: to, co się mówi o języku to historia o tym, w jaki sposób myślimy. A mama, tak ubawiona urokiem profesora, wzgardziła moim zachwytem, wzgardziła naszą lwicą. Lwica ryczy z bólem i podaje lwiątkom mięso zabitej gazeli.


  • RSS